WICKED / Apollo Victoria Theatre w Londynie

𝘞𝘪𝘤𝘬𝘦𝘥 to światowy fenomen. Historia oparta na pomyśle z ksiażki Gregory’ego Maguire’a „Wicked: Życie i czasy Złej Czarownicy z Zachodu” zyskała miliony fanów, a obecnie to już nie tylko musical - to cały biznes, przypominający nieco potteromanię, czy szaleństwo związane z „Frozen”. Oczywiście nie mówimy tu o takiej skali, bo „𝘞𝘪𝘤𝘬𝘦𝘥” (jeszcze) nie zostało sfilmowane, a i wiele krajów wciąż czeka na swoją wersję tej baśni, bo do tej pory swoje własne Glindy i Elfaby mają jedynie dzieciaki ze Stanów Zjednoczonych Wielkiej Brytanii, Japonii, Autralii i… Niemiec, ale to, jak widownia w tych krajach reaguje podczas spektakli j jak chętnie powraca do teatru, by znów j znow przyglądać się krainie Oz świadczy o wielkości tego przedsięwzięcia.

Za muzykę i teksty do 𝘞𝘪𝘤𝘬𝘦𝘥 odpowiada Stephen Schwartz, czyli tekściarz i kompozytor przy takich produkcjach, jak chociażby 𝘗𝘰𝘤𝘢𝘩𝘰𝘯𝘵𝘢𝘴, 𝘒𝘴𝘪𝘢𝘻𝘦 𝘌𝘨𝘪𝘱𝘵𝘶, czy 𝘗𝘪𝘱𝘱𝘪𝘯, a historię napisała amerykańska scenarzystka Winnie Holzman („𝘔𝘺 𝘚𝘰-𝘊𝘰𝘭𝘭𝘦𝘥 𝘓𝘪𝘧𝘦”). Musical po raz pierwszy zachwycił publikę pod koniec 2003 roku, kiedy to 𝘞𝘪𝘤𝘬𝘦𝘥 debiutowało na Broadwayu (Gershwin Theatre).

Obsada była tutaj imponująca: Idina Menzel, jako Elfaba, Kristin Chenoweth, jako Glinda oraz Joel Grey jako Czarnoksiężnik z Oz. Nie dziwi więc, że pod względem muzycznym 𝘞𝘪𝘤𝘬𝘦𝘥 zwalało z nóg. Najlepsze głosy Broadwayu, świetna choreografia grupowa, wybitne, jak na musical aktorstwo.


To, co jednak w tym przedstawieniu nie gra to rytm fabularny i dosyć chaotyczna, a jednocześnie pozbawiona jasno zaakcentowanych dominant fabuła. Mamy tutaj bowiem historię dwóch czarownic z Krainy Oz, które w wyniku pewnych okoliczności z obcych sobie osób stają się przyjaciółkami, by po latach ponownie odwrócić się od siebie wybierając kompletnie odmienne priorytety.

I tutaj ja osobiście mam problem, bo relacja Elfaby i Glindy jest skomplikowana, ale w sposób, który nijak nie pozwala mi przyjąć jasnego stanowiska, co do którejkolwiek z nich. Glinda jest głupiutką blondynką, leci na pięknych chłopców, kasę i sławę i osobiście ciężko mi uwierzyć, że będąca od dziecka pośmiewiskiem, zahukana i odrzucona przez Ojca Elfaba znalazłaby wspólny język z tak próżną idiotką. Elfaba jest typową kujonicą (w tej bajce stereotypy są aż za mocne), jest aspołeczna, a jednocześnie lgnie do Glindy. No i jest jeszcze Nasaroza - niepełnosprawna siostra Elfaby i ten wątek mierzi mnie okropnie, bo Nasaroza jest antypatyczna. I ten wniosek, który wybrzmiewa głośno, że dziewczyna nie może znaleźć miłości, bo jest na wózku, ale kiedy dostaje zaczarowane pantofle i z niego wstaje - może liczyć na szczęście. Naprawdę?

Zresztą poruszanych - w założeniu bardzo ważnych - wątków jest tutaj aż nadto: nielojalność, brak tolerancji, wykorzystywanie władzy do zniewolenia innych, złe traktowanie zwierząt, niepełnosprawność, czy wspomniane wcześniej odrzucenie przez rodziców i samotność. I być może jest tego za dużo. Wszystkiego w tym musicalu jest za dużo.

Spektakularna scenografia, latające małpy, lewitująca Efaba, zachwycające kostiumy, co najmniej kilka postaci, których historie się przeplatają, a to wszystko w tle poważnych zagadnień społecznych i bez jasno wskazanej dominanty.

To wszystko sprawia, że spektakl choć poraża perfekcjonizmem wykonania, pod względem emocjonalnym staję się płaski i w zasadzie przestaje ekscytować po kilkudziesięciu minutach. Także rozwiązania poszczególnych wątków pozostawiają wiele do życzenia, bo - choć ostatecznie akcja dociera do początku historii znanej wszystkim z „Czarnoksiężnika z Krainy Oz” to - pomimo obserwowania bohaterów od ponad dwóch godzin - czułam mocny niedosyt i zabrakło satysfakcji z domknięcia całości.


„𝘞𝘪𝘤𝘬𝘦𝘥” w londyńskim 𝘈𝘱𝘰𝘭𝘭𝘰 𝘝𝘪𝘤𝘵𝘰𝘳𝘪𝘢 𝘛𝘩𝘦𝘢𝘵𝘳𝘦 jest wizualnie doskonałe, świetnie zagrane i perfekcyjnie zaśpiewane (LucienJones i Helen Woolf to światowej klasy wokalistki), ale - choć z założenia na scenie powinna dziać się magia - magii tej w spektaklu brakuje. To genialne przedstawienie, do którego w zasadzie, analizując poszczególne elementy składowe, nie ma się za co przyczepić. Ale - jak dla mnie - w tym przypadku dążenie do perfekcji zabiły duszę przedstawienia.

Widzieliście spektakl? Zachwycił Was? A może spotkaliście się z innymi przykładami perfekcyjnego przedstawienia, które zagubiło gdzieś po drodze serce?



8 wyświetleń0 komentarzy

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie