TINA / Aldwych Theatre w Londynie

Nie znałam wcześniej historii Tiny Turner, a przynajmniej nie więcej niż przeciętny odbiorca list przebojów. Wiedziałam o Jej przemocowym mężu i o tym, że zaczynała karierę na nowo kilka razy. To wszystko. Zawsze jednak - poza ogromnym szacunkiem do Niej jako Artystki - czułam pewien rodzaj sympatii. Sympatii do kobiety, która upadała setki razy, ale zawsze wstawała i szła dalej. Na szpilkach. W mini spódniczce, która 𝘱𝘰𝘻𝘸𝘢𝘭𝘢𝘭𝘢 𝘑𝘦𝘫 𝘯𝘰𝘨𝘰𝘮 𝘣𝘺𝘤 𝘸𝘰𝘭𝘯𝘺𝘮𝘪. Ale czy musical „𝘛𝘪𝘯𝘢” potrzebny jest komukolwiek innemu, niż najzagorzalsi fani?

W 1988 roku Tina Turner wystąpiła dla stuosiemdziesięciotysięcznej publiczności na stadionie Maracana w Rio De Janeiro. To właśnie na kilka minut przed tym występem zaczyna się spektakl. Tina na chwilę przed rozpoczęciem show próbuje uporządkować myśli, przypomina sobie swoje życie i to, co doprowadziło Ją na szczyt, na który właśnie ma wbiec po schodach prowadzących na scenę. W tę podróż przez dzieciństwo, początki kariery, lata cierpienia i szukania własnego ja prowadzi nas - widzów. Prowadzi z charyzmą, rock’n’rollowym zacięciem i w stylu godnym prawdziwej gwiazdy.

Z jednej strony wydaje się, że spektakl wypełniony znanymi hitami nie może się nie udać, z drugiej biografia tak charakterystycznej Artystki to wyzwanie nie tylko aktorskie, ale przede wszystkim wokalne. Ja niestety nie miałam okazji widzieć na scenie Adrienne’y Warren, czyli obsypanej nagrodami pierwszej odtwórczyni roli Tiny Turner, ale muszę przyznać, że Chanel Haynes - aktorka, która występuje jedynie od czasu do czasu w głównej roli - wypadła doskonale, zarówno pod względem wokalnym, jak i umiejętności pokazania charakterystycznych gestów i scenicznych ruchów Tiny Turner. Wokalnie cała obsada staje na wysokości zadania. Nie ma tutaj słabego ogniwa. Ono pojawia się niestety w aktorstwie, bo wydaje się, że poza odtwórczynią głównej roli, reszta aktorów jest zaledwie zadowalająca, kiedy chciałoby się, żeby była zachwycająca. Z drugiej strony być może właśnie dzięki poprawnemu, acz nie angażującemu tłu, gwiazda głównej bohaterki świeci jeszcze jaśniej?

Pierwsza część spektaklu jest nieco bardziej chaotyczna niż druga, dlatego też zdecydowanie tę drugą lepiej się ogląda, chociaż może to być też kwestia mniej znanych utworów w pierwszej części. Jak wspominałam, nie jestem fanką Tiny Turner, więc Jej muzyka sprzed kariery solowej nie jest mi dobrze znana. To mogło mieć wpływ na odbiór, aczkolwiek sądzę, że konieczność pokazania kilku dekad w godzinę było tutaj kluczowe. Trzeba jednak oddać sprawiedliwość, że niektóre z rozwiązań, jak chociażby scena do utworu „Higher”, która przypomina całkiem sprawny montaż filmowy, a podczas której jesteśmy świadkami tego, co działo się w małżeństwie Tiny z Ikiem są ciekawe i świetnie się sprawdzają.

W przypadku musicalu „𝘛𝘪𝘯𝘢” mamy do czynienia z bardzo klasyczną produkcją, dosyć oszczędną w formie i choć emocjonalnie budowaną niespiesznie, dającą ogromny zastrzyk energii w finale, co w przypadku spektakli muzycznych jest niezwykle ważne. Ważne jest tutaj także przesłanie i o nim nie można zapominać idąc do teatru. To nie tylko wypełniona hitami historia wielkiej kariery, ale także (a może przede wszystkim!) historia silnej, niezależnej, 𝘋𝘖𝘑𝘙𝘡𝘈𝘓𝘌𝘑 kobiety.

Tina Turner u szczytu kariery miała już prawie pięćdziesiąt lat, za sobą kilkanaście lat związku z mężczyzną, który może i odkrył Ją dla świata muzyki, ale próbował zniszczyć, jako kobietę. Nie pozwoliła mu. Przetrwała. I stworzyła Tinę Turner na nowo. Już bez Ike’a, bez ciągłego zmęczenia i unikania ciosów, silną i potężną, decydującą o sobie Tinę Turner. Tinę Turner, która pokazała światu, że dojrzała kobieta może osiągnąć sukces wbrew modzie na 𝘮𝘭𝘰𝘥𝘻𝘪𝘶𝘵𝘬𝘪𝘦, 𝘨𝘭𝘶𝘱𝘪𝘶𝘵𝘬𝘪𝘦, 𝘴𝘦𝘬𝘴𝘰𝘸𝘯𝘦 𝘣𝘭𝘰𝘯𝘥𝘺𝘯𝘬𝘪.


To ważny głos w dyskusji na temat praw kobiet, praw osób dojrzałych, które społeczeństwo spycha na margines, to ważna 𝘏𝘌𝘙𝘴𝘵𝘰𝘳𝘪𝘢 kolorowej kobiety w świecie białych mężczyzn.

Absolutne 𝘮𝘶𝘴𝘵 𝘴𝘦𝘦 dla fanów, a dla reszty?

Wyjdziecie zadowoleni!




3 wyświetlenia0 komentarzy

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie