tick, tick...BOOM! / Netflix

Był prawdziwym Artystą. Artystą przez duże, a nawet wielkie „A”. Poświęcił życie sztuce i spełnianiu marzeń. Spełnienia tego największego - pełnego, przypieczętowanego nagrodami sukcesu na Broadwayu - nie doczekał. Zmarł w wielu trzydziestu pięciu lat. W noc poprzedzającą premierę musicalu, który miał stać się jednym z dziesięciu najdłużej wystawianych bez przerwy spektakli w mekce świata teatru - musicalu „Rent”. Jonathan Larson…


Zanim Jonathan Larson napisał uwspółcześnioną wersję „Cyganerii” Giacoma Pucciniego, która stała się Jego dziełem życia (czy śmierci…), w swoim nieogrzewanym, tanim, bliższym slamsom niż blichtrowi, jaki mamy przed oczami myśląc o Nowym Jorku, apartamencie, stara się stworzyć dzieło wyprzedzające swoją epokę. Kilka lat ocierając się o granice wytrzymałości fizycznej i psychicznej, o skrajne ubóstwo, skupia się na „Superbii” - futurystycznym dziele, u którego podstaw leży „Rok 1984” Orwella. Ale - choć pierwsze czytania nie idą najgorzej, a sam wielki Stephen Sodenheim uznaje musical Larsona za ciekawy i wart uwagi - niewielu podziela ów entuzjazm. Pomimo wsparcia finansowego i pojawieniu się spektaklu na Off- Broadwayu - „Superbia” schodzi z afisza po kilku spektaklach i ginie w mrokach zapomnianej historii. I wtedy Jonathan Larson tworzy coś pomiędzy musicalem i performancem: „𝘛𝘪𝘤𝘬, 𝘵𝘪𝘤𝘬...𝘉𝘖𝘖𝘔!” - autobiograficzny live act, w którym opisuje siebie w drodze do sukcesu i po porażce, która przyszła w zamian.


Dwadzieścia pięć lat po śmierci Larsona jego „rockowy monolog” sfrustrowanego twórcy przywrócił świadomości widza nie kto inny, ale „złote dziecko Broadwayu” - Lin-Manuel Miranda. Ale nie, nie przeniósł go na deski teatru. Stworzył za to filmową adaptację, która - poza faktem bycia hołdem dla twórcy, który odszedł za wcześniej - jest również wielkim hołdem dla Broadwayu samego w sobie, dla całej rzeszy wspaniałych twórców, kompozytorów, aktorów, scenarzystów.


Lin- Manuel Miranda wiernie oddaje dzieło Johnathana Larsona i tutaj pojawia się pytanie, czy aby nie będzie to mylące dla tych, którzy z biografią tego Artysty zaznajomieni nie są? Trzeba bowiem zaznaczyć, że przecież, o ile „𝘛𝘪𝘤𝘬, 𝘵𝘪𝘤𝘬...𝘉𝘖𝘖𝘔!” zawiera w sobie ogromne pokłady elementów biograficznych, o tyle sporo w nim też wątków zmyślonych, skrótów, wizji artystycznych. Warto więc wiedzieć, że nie oglądamy biografii Jonathana Larsona, a właśnie jedynie (aż!) filmową adaptację Jego artystycznego monologu scenicznego.

Adaptacja Mirandy jest świetnie skonstruowana. Ciekawie przeplata montaż życia głównego bohatera z live-actem scenicznym, co nadaje produkcji ciekawego rytmu i świetnie symbolizuje przeplatanie się tego, co realne i tego, co teatralne w życiu Jonathana. Andrew Garfield w roli Jonathana sprawdza się doskonale. Osobiście uważam, że jest to jeden z bardziej niedocenionych aktorów młodego pokolenia w Hollywood. Niezwykle utalentowany, a poniekąd spychany na margines rozpoznawalności. Szkoda.


Warstwa muzyczna „𝘛𝘪𝘤𝘬,𝘵𝘪𝘤𝘬...𝘉𝘖𝘖𝘔!” to oryginalne kompozycje Larsona w nowych aranżacjach i ja osobiście jestem totalnie zakochana w tej playliście. Przyznam, że sama historia poszczególnych utworów (nawiązania do kompozycji Sondheima, cytaty z wielkich dzieł broadwayowskich etc) warta jest poznania, a - jeśli jest się wielkim fanem Broadwayu - produkcja Netflixa będzie nie tylko świetnym seansem musicalowym, ale także rozrywką dla spostrzegawczych, bo Mirandzie udało się zebrać w produkcji całą masę twórców ze społeczności nowojorskiej bohemy teatralnej. Dobrze się przyglądajcie, bo poza samym reżyserem, a także głosem guru głównego bohatera - Stephena Sondheima - w filmie znajdzie się jeszcze ponad czterdzieści (40!) tzw „cameos”! Jest to wyzwanie! 𝘋𝘢𝘫𝘤𝘪𝘦 𝘻𝘯𝘢𝘤, 𝘪𝘭𝘶 𝘵𝘸𝘰𝘳𝘤𝘰𝘸 𝘳𝘰𝘻𝘱𝘰𝘻𝘯𝘢𝘭𝘪𝘴𝘤𝘪𝘦!


Musical Jonathana Larsona w interpretacji Garfielda i reszty obsady i w reżyserii Lina-Manuela Mirandy to niezwykle interesujący i bardzo dobrze zrealizowany film, który nie jest jedynie produkcją dla miłośników musicali, ale także dla przeciętnego odbiorcy netflixowego. To po prostu bardzo dobrze przygotowane kino rozrywkowe, które jednocześnie może zwrócić uwagę na postać Larsona, a od tego jest już bardzo blisko do „Rent” i społecznego aspektu Jego dzieła. Cieszę się, że Miranda nie poszedł na łatwiznę i nie przygotował nowej wersji najsłynniejszej pozycji z katalogu Artysty, a podjął się zadania trudniejszego, ale znacznie ciekawszego.


𝘾𝙝𝙖𝙥𝙚𝙖𝙪 𝙗𝙖𝙨 𝙈𝙧 𝙈𝙞𝙧𝙖𝙣𝙙𝙖!


Obejrzyjcie!




4 wyświetlenia0 komentarzy

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie