PRZYBYSZ / Teatr Rampa w Warszawie

Wszystko zaczęło się od obrazu. Niezwykle barwnego emocjonalnie, choć plastycznie wydanego w odcieniach sepii, obrazu emigranta, zagubionego w przestrzeni Nowego Świata przybysza, który ucieka od Złego, spotykając po drodze podobnych sobie: zagubionych, osamotnionych, ale też i zdeterminowanych, by znaleźć swoje miejsce na ziemi, podróżników.

Kiedy w 2006 Shaun Tan stworzył swoją powieść graficzną, w której głęboką metaforą fantastycznego świata, probuje dotrzeć do młodego odbiorcy z hasłami tolerancji i otwartości na tych, którzy szukają lepszego życia, nie przypuszczał na pewno, że za kilkanaście lat Jego opowieść snuta jedynie obrazem, zyska musicalową, niewiarygodnie porywającą oprawę. I, że stanie się to w kraju, gdzie na granicy umierają ludzie. Emigranci. Przybysze.

PRZYBYSZ w reżyserii Wojciecha Kościelniaka to zjawiskowy poemat muzyczny bazujący na powieści graficznej Shauna Tana o tym samym tytule. I już sam fakt podjęcia proby adaptacji teatralnej komiksu opartego w 100% na obrazie, wydaje się być czymś godnym zarówno podziwu, jak i najwyższego szacunku, a jeśli weźmiemy pod uwagę, że mamy do czynienia z musicalem, do tego absolutnie udanym pod każdym względem - nie wypada nic innego, jak ukłonić się nisko. Chapeau bas!

Co w historii tytułowego Przybysza jest tak hipnotyzujące? Choć staram się silić na intelektualne wyżyny jedyne, co przychodzi mi do głowy w odpowiedzi to: „wszystko”. Mamy tutaj świat, w którym sprawną metaforą określa się dobro i zło. Jest zatem państwo, które spowija widmo wojny objawiające się pod postacią smoka plądrującego kraj. Jest system totalitarny w państwie rządzonym przez dyktat gigantów. I jest wyzysk ludności w kraju, w którym "𝘱𝘪𝘦𝘤𝘦 𝘸𝘺𝘳𝘻𝘺𝘨𝘶𝘫𝘢 𝘤𝘻𝘢𝘳𝘯𝘺 𝘥𝘺𝘮". Przybysz pozostawia swoją Żonę i ich wspólne ośmioletnie Szczęście i wyrusza w podróż do Nowego Świata, by znaleźć miejscu, gdzie da się żyć z dala od strachu i niebezpieczeństwa. Po drodze spotyka podobnych sobie uciekinierów, wysłuchuje ich historii, a wszyscy ostatecznie dopływają do wymarzonego portu, gdzie czeka lepsze życie… a przynajmniej taką mają nadzieję, bo w tym świecie wszystko jest inne, obce, przedziwne. Inni ludzie, dziwne stwory, budynki sięgające nieba. To wyobcowanie, lęk przed nowym, nieznanym ubrane jest w wizje z pogranicza fantasy, przez co tym mocniej odczuwa się to, co nasz Przybysz. Niemal fizycznie czuje się zagubienie bohatera tak, jakby widz miał szanse oddychać tym samym powietrzem, co Przybysz i Paszczogon - przedziwne zwierzę, które staje się jego towarzyszem na dobre i na złe.

Tak naprawdę PRZYBYSZ jest bardzo prostą historią człowieka szukającego swojego miejsca na ziemi. Przez to uniwersalną, bo z jednej strony możemy ów utwór odbierać dosyć dosłownie, jako ucieczkę przed konkretnymi nowotworami toczącymi współczesny świat, ale też trochę głębiej, jako własną drogę, ucieczkę przed osobistymi demonami, które wypędzają nas ze strefy komfortu. Każdy z nas w jakimś sensie jest Przybyszem w większym lub mniejszym stopniu.

Oczywiście tym mocniej działa, a przynajmniej powinna działać na nas ta historia w kontekście obecnych wydarzeń na granicy, albowiem w PRZYBYSZU nie ma złych ludzi w Nowym Świecie - jest pomoc, współpraca, pomocna dłoń. I to rozdziera serce, bo w prawdziwym życiu Nowy Świat pełen jest smoków i gigantów. W prawdziwym życiu rzadko kto może liczyć na dobre zakończenie.

PRZYBYSZ Kościelniaka to dyplomowy popis studentów Warszawskiej Akademii Teatralnej i to popis, jaki powinien zawstydzić niejednego doświadczonego aktora musicalowego. To jest poziom Broadwayu i jestem przekonana, że gdyby się tych siedmioro wspaniałych wybrało do Nowego Jorku ze swoim PRZYBYSZEM to zaproszenie do Królestwa Teatru byłoby kwestią czasu.

Dawno nigdzie nie słyszałam tak wybitnej harmonii , takiej siły głosu, tak świetnej muzyki oryginalnej (utwór „Pokój” to jest aranżacja po prostu na poziomie światowym!). W zasadzie jest to przypadek niezwykle rzadki, by Original Cast Recording stanowiło samo w sobie odrębne dzieło, pełnoprawną płytę z doskonałymi utworami, artystyczną całość. Wielkości tego - nie boję się użyć mocnego słowa - dzieła dopełnia doskonała choreografia i aktorstwo z wysokiej półki.

No właśnie. Zazwyczaj ktoś gra pierwsze skrzypce, ktoś się wychyla z drugiego rzędu, ale żeby móc każdego z aktorów na scenie wyodrębnić z całości i w tej całości zauważyć i zapamiętać, to jest coś. PRZYBYSZ jako, że będący spektaklem dyplomowym zapewne w założeniu miał danie każdemu z siedmiorga aktorek i aktorów pola do popisu. Tutaj każdy musiał się zaprezentować. I każdy zasłużył na brawa.

Natalia Kujawa jest zjawiskowa w roli 𝘊𝘩𝘪𝘯𝘬𝘪. Jej przejmująca opowieść o ucieczce przed 𝘤𝘻𝘢𝘳𝘯𝘺𝘮𝘪 𝘳𝘦𝘬𝘢𝘸𝘢𝘮𝘪 ściska za serce, a głos przeszywa, bo z tej filigranowej kobiety wydobywa się grzmot i błysk i trzęsienie ziemi! Z ogromnym zainteresowaniem bede się przyglądać Jej karierze, bo wiem, że potencjał tutaj jest bezgraniczny.

𝘡𝘰𝘯𝘢 w wykonaniu Małgorzaty Majerskiej, jest delikatna, kochająca i wręcz oniryczna, ale kiedy aktorka przeistacza się w ptaka, albo kobietę z miasta - pierwsze skrzypce zaczyna grać potęga Jej głosu i niepohamowana energia. Petarda!

𝘚𝘻𝘤𝘻𝘦𝘴𝘤𝘪𝘦 to Patrycja Grzywińska, która - choć wokalnie nie odstaje od koleżanek - mnie zachwyciła głównie giętkością ciała, niezwykłym solowym pokazem tańca nowoczesnego i choreografią na pograniczu gimnastyki. Absolutny zachwyt.

W rolę 𝘗𝘳𝘻𝘺𝘣𝘺𝘴𝘻𝘢 wciela się Michał Juraszek - świetny wokalnie, doskonały aktorsko. Jego Przybysz nadaje kierunek spektaklowi. Idealnie zgrany z resztą zespołu. Ja Wam Juraszka serdecznie polecam także w „next to normal” Teatru Syrena. Ogień!


𝘐𝘯𝘵𝘦𝘭𝘪𝘨𝘦𝘯𝘵 Dominika Bobryka jest cudowny, 𝘱𝘳𝘢𝘸𝘥𝘢. Taki, 𝘱𝘳𝘢𝘸𝘥𝘢, inteligentny, i - 𝘱𝘳𝘢𝘸𝘥𝘢 - z manierą. Jego opowieść o 𝘬𝘳𝘢𝘫𝘶, 𝘬𝘵𝘰𝘳𝘺 𝘴𝘱𝘢𝘭𝘪𝘭𝘪 𝘎𝘪𝘨𝘢𝘯𝘤𝘪 to kolejny doskonały utwór w tym przedstawieniu, a Bobryk wykonuje go brawurowo. Jego postać jest cały czas 𝘫𝘢𝘬𝘢𝘴. Nie ma tutaj ani chwili wytchnienia w budowaniu postaci. Mocny głos, świetny aktorsko.

Filip Karaś otrzymał rolę 𝘗𝘢𝘴𝘻𝘤𝘻𝘰𝘨𝘰𝘯𝘢 i przyznam, że oglądając go miałam nieustanne przebitki na Alexa Brightmanna - gwiazdę Broadwayowskiego „Beetlejuice”. Paszczogon jest zaborczy i trochę wkurzający, a jednocześnie pełen uroku i tego charakterystycznego dla „najlepszego przyjaciela człowieka” przywiązania. Karaś jest niesamowicie energetyczny i - jak Brightmann - niezwykle sprawny wokalnie.

A na sam koniec zostawiłam sobie 𝘚𝘵𝘢𝘳𝘦𝘨𝘰, czyli Jakuba Szyperskiego, który jest moim totalnym crushem. Zakochałam się w Nim jako aniołku Loli w KINKY BOOTS, a ostatnio zachwycił mnie w roli Chlestakowa w REWIZORZE Teatru Dramatycznego. A w PRZYBYSZU? Nie zawiódł mnie i tutaj. Świetny aktorsko, bardzo sprawny tanecznie, ale nade wszystko rewelacyjny wokalnie. Jego opowieści o wojnie mogłabym słuchać bez przerwy! Gwiazda!

Ogromnie cieszy mnie, że PRZYBYSZ nie zniknął, ale znalazł swoje miejsce w Teatrze Rampa, bo tego typu spektakl jest czymś wyjątkowym na polskiej scenie musicalowej. Nie dość, że w swojej formie i fabule nie jest oczywisty, to zachwyca na każdym poziomie. Nie ma tutaj słabego punktu, bo zarówno muzyka i teksty, choreografia i jej wykonanie, czy aktorstwo - wszystko jest na poziomie zachwycającego profesjonalizmu.

Jeśli będziecie mieli okazję - idźcie koniecznie. Wybierzcie ten spektakl, bo zasługuje na wszystkie oklaski świata.


Cudo!




32 wyświetlenia0 komentarzy

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie