PIPLAJA / Teatr Syrena w Warszawie

„𝘗𝘳𝘰𝘴𝘻𝘶𝘪 𝘗𝘢𝘯𝘴𝘵𝘸𝘢” tak zwykł witać widzów międzywojennego kaberetu Fryderyk Jarosy - konferansjer, reżyser, autor i odkrywca wielu talentów w tym naszej tytułowej piplai - tej konkretnej piplai: Stefanii Grodzieńskiej.

Tancerka, modelka, aktorka, konferansjerka, a pózniej także spikerka, ale przede wszystkim chyba pisarka i autorka, która swoimi satyrystycznymi tekstami bawiła warszawską publikę zarówno w czasach względnego pokoju, tragicznych czasach wojny, jak i burzliwym okresie powojennym, była nie tylko królową polskiej satyry, samodzielną, pełną poczucia sprawczości i pewną siebie kobietą, ale także założycielką teatru Syrena. Nie dziwi zatem, że „Piplaja” opowiadająca Jej historię powstała właśnie w Syrenie.

„𝘗𝘪𝘱𝘭𝘢𝘫𝘢” nie jest typową biografią. To raczej hołd oddany Grodzieńskiej, tamtym czasom i ludziom, którzy scenę wtedy tworzyli. A przynajmniej taki wydaje się być zamierzenie.

Czy się udało?

I tak i nie.

Narratorką opowieści, w którą widz spektaklu często jest wplatany, jako dodatkowy bohater poprzez niejednokrotne burzenie „czwartej ściany” jest sama Stefania Grodzieńska - „szarpiO”.

Ona i Jej pamięć.

Pamięć zawodna, chaotyczna, rozedrgana, wybiórcza. Pamięć, która myli daty, myli zdarzenia, ale nigdy nie myli emocji i zawsze z czułością pielęgnuje dobre chwile. Z humorem, miłością i bez pardonu pisze historię Stefanii na nowo, albo - będąc bardziej precyzyjnym - akcentuje chwile uniesień oddalając wspomnienia upadków.

Materiały do spektaklu zachęcają i kuszą międzywojenną rewią, ale tak naprawdę to tylko ułamek tego, co dostajemy. Bo dostajemy także obuchem po głowie, kiedy z piękna rewii wrzuca się nas w sam środek wojny, pośród wycia syren i wybuchów bomb. I to jest ten moment „𝘗𝘪𝘱𝘭𝘢𝘪”, który wybrzmiewa w tej chwili mocniej. Niezamierzenie, ale jednak bardzo mocno wpisuje się „𝘗𝘪𝘱𝘭𝘢𝘫𝘢” Syreny w czas konfliktu zbrojnego na Ukrainie. Pierwszy spektakl odbył się przecież pierwszego dnia nowej wojny…

Nie da się zresztą odbierać musicalu nie patrząc przez pryzmat obecnych czasów. Tym bardziej, że problemy powojennego kabaretu wydają się być wyjątkowo bliskie naszym czasom, co autorka tekstu „𝘗𝘪𝘱𝘭𝘢𝘪” - Joanna Drozda - podkreśla dosyć często wplatając pomiędzy satyryczne teksty Jurandota, Jarosego czy Ordonki nawiązania do tego, co serwuje nam - widzom zebranym w teraźniejszości - obecny Świat.

„𝘊𝘪𝘦𝘮𝘯𝘰 𝘸𝘴𝘻𝘦𝘥𝘻𝘪𝘦, 𝘨𝘭𝘶𝘤𝘩𝘰 𝘸𝘴𝘻𝘦𝘥𝘻𝘪𝘦, 𝘯𝘪𝘦 𝘥𝘢𝘫 𝘴𝘪𝘦 𝘤𝘦𝘯𝘻𝘰𝘳𝘴𝘬𝘪𝘦𝘫 𝘮𝘦𝘯𝘥𝘻𝘪𝘦” („Dziady” zdają się denerwować rządzących w każdym dziesiecioleciu…).

„𝘏𝘪𝘵𝘭𝘦𝘳 𝘤𝘩𝘤𝘪𝘢𝘭 𝘱𝘦𝘢𝘤𝘦 𝘸 𝘗𝘰𝘭𝘴𝘤𝘦, 𝘮𝘢𝘮𝘺 𝘱𝘦𝘢𝘤𝘦 𝘸 𝘞𝘢𝘳𝘴𝘻𝘢𝘸𝘪𝘦”, czy cała sekwencja tzw „rybki”, czyli ślepego tekstu pod wymyślaą melodię, która zaczyna się od „𝘬𝘢𝘤𝘻𝘬𝘢 𝘮𝘢𝘤𝘩𝘢 𝘥𝘭𝘶𝘨𝘰𝘱𝘪𝘴𝘦𝘮”, a potem jest już nawet dosadniej. I chciałabym powiedzieć, że Stefania Grodzieńska byłaby dumna z tej wymyślnej satyry na polską sytuację roku pańskiego 2022, ale obawiam się, że - niestety - zabrakło tu trochę wirtuozerii słowa, za dużo jest tekstów żywcem wyjętych z memów, internetowo wyświechtanych kalek. Zabrakło mi inteligentnego, pełnego słowotwórstwa (Grodzieńska znana była ze swojego talentu do tworzenia i szukania nowych słówek) , wymagającego od widza gimnastyki umysłu humoru. Tyle tylko, że współczesny widz nie jest gotowy na taką gimnastykę…

„𝘗𝘪𝘱𝘭𝘢𝘫𝘢” to bardzo udany musical, który stoi świetną muzyką i doskonałym aktorstwem. I pozwolę sobie zacząć od tego drugiego ponieważ aż buzuje we mnie potrzeba ponownego już (po „Przybyszu”) wybuchu emocji i piania peanów na cześć zjawiskowej Natalii Kujawy. To jest wspaniała aktorka i wielka (nie boje się tego słowa) wokalistka. Jej charyzma wręcz idealnie oddaje charyzmę bohaterki, a perfekcyjnie wręcz wykonane piosenki i urocza choć absolutnie nieoczywista choreografia do tytułowego utworu zachwyca. Także relacja Grodzieńskiej z mężem (Jurandot) wyzwala poczucie błogości i wzruszenia, bo chemia pomiędzy Kujawą i Godlewskim daje się odczuć niemal w każdym słowie, spojrzeniu i nucie. Aż chciałoby się tak pokochać…

Muzyka Tomasza Filipczaka jest porywająca, pozostaje w głowie i buduje klimat. Przyznam szczerze, że jeszcze zanim zobaczyłam spektakl słuchałam udostępnionych utworów w zapętleniu i ogromnie żałuję, że są to jedynie cztery piosenki, bo wpadają w ucho, a teraz - po obejrzeniu spektaklu - nabrały świeżości i nowego znaczenia.

„𝘗𝘪𝘱𝘭𝘢𝘫𝘢” wyjątkowo mocno pokazuje kontrast pomiędzy pokojem, a czasem wojny i podkreśla wagę sztuki, wagę teatru oraz poczucia humoru w najczarniejszych momentach historii. Smutne, że odbija, jak w lustrze aktualne wydarzenia. To boli szczególnie.

Ale ten spektakl to także dużo dobrego żartu i - jednak - spora dawka optymizmu, którego nam zdecydowanie ostatnimi czasy brakuje.

To też niezwykle feministyczny musical, w którym podkreślana jest siła kobiet, samodzielność Grodzieńskiej i Jej walka o siebie w świecie, gdzie piękne kobiety sprowadzane były jedynie do roli „tancereczek”. To właśnie Grodzieńska walczyła o feminatywy, które po wojnie zaczęły znikać z języka polskiego.

To była piękna, utalentowana i bardzo silna kobieta i „𝘗𝘪𝘱𝘭𝘢𝘫𝘢” to głośno wykrzykuje.

Czego zatem zabrakło mi w „𝘗𝘪𝘱𝘭𝘢𝘪”? Otóż zabrakło mi drugiego aktu. Zdecydowany niedosyt pozostawiły we mnie historie postaci drugoplanowych. Ordonka, Wiera Gran, Loda Halama, Hanka Bielicka, Karol Hanusz, Fryderyk Jarosy czy nawet Jerzy Jurandot dostali w tym spektaklu stanowczo za mało czasu. Gdyby najnowsza produkcja Syreny była o godzinę dłuższa nie straciłaby rytmu, a zyskała ciekawe historie w tle. W tej dwugodzinnej formie daje bardzo dużo satysfakcji, budzi przemyślenia, bawi i wzrusza i może dlatego chciałoby się większej ilości rozbudowanych wątków tym bardziej, że Joanna Drozda poradziłaby sobie z tym doskonale.


21 wyświetleń0 komentarzy

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie