top of page

MUZYKA MURALNA / Teatr Lalek Arlekin w Łodzi

▪️„Łódź, k*rwa!” wykrzykiwał Cezary Pazura w kultowej scenie filmowej, a ja dziś mam poczucie, że potencjał tego miasta jest znacznie większy niż się nam wydaje, bo Łódź to miasto - owszem - specyficzne, ale rozkochujące w sobie tych, którzy piękno potrafią odnaleźć w brzydocie, niezwykłe i niełatwe i - jeśli zechce się w nie wsłuchać - urzeka i skłania do rozważań filozoficznych, jak żadne inne.

Łódź tętni życiem symboli, odwieczną walką o przetrwanie, zaskakującą historią, zapierającą dech w piersiach choć nieoczywistą architekturą, sztuką głęboką i muzyką głośną.

Muzyką od teraz także muralną.


▪️„Muzyka muralna” Marcina Sosińskiego to spektakl, który zainspirowały napisy na łódzkich murach, łódzkie ulice i łódzcy - czasem bardziej, a czasem mniej ludzcy- ludzie.

Ten - jak mówi sam Artysta - self musical, (w której to nazwie kryje się klucz do pełnego zrozumienia tego wyjątkowego projektu) bawi do łez, wzrusza, porywa do tańca, ale i zmusza do refleksji nad tym, czym dla nas jest przynależność, samospełnienie i wolność. Czy jesteśmy „stąd” czy już może „spoza”?


▪️Bohaterem spektaklu jest Artysta, wydawać by się mogło spełniony i dookreślony, zakotwiczony w swojej artystycznej wędrówce, ale podróż  ulicami miasta włókniarek i wsłuchanie się w głos murów skłoni go do zrewidowania zabetonowanych (nomen omen) przekonań.

Artysta przemierza ulice Piotrkowską, Przędzalnianą, Niciarnianą, czy Włókniarzy, zahacza o Bałuty i Górną, czyta i wyśpiewuje piosenki muralne i dochodzi do granic - tak miasta jak i siebie. Rzekomo spełniony przekonuje nas, że jako człowiek kultury, tą kulturą nabrzmiały i tejże podporządkowany wyrażać się nie potrzebuje, nie chce i nie musi, a czuć w tym posmak gorzkiej dwuznaczności.


▪️Niezwykły artyzm i pełna świadomość twórcza Sosińskiego wyraża się już w samym dookreśleniu gatunku spektaklu, jaki stworzył. Self musical to przecież jakaś nowa, może istniejąca tylko tu i teraz forma, nieznana i tajemnicza.

Ale tak, „Muzyka muralna” jest musicalem w pełnym tego słowa znaczeniu. Zawiera w sobie cały szereg elementów, które budują ten gatunek, z „drgającymi rączkami” łącznie.

Jest historia, jest muzyka, jest choreografia, humor, miłość i odrobina dramatu. A wszystko tworzy spójny, klarowny i niezwykle wciągający spektakl, który dowodzi, że nie potrzeba fajerwerków, wodotrysków i - przepraszam za wyrażenie - piórek w pupie, żeby porwać publikę.

Doskonały jest już sam pomysł, a jego wykonanie - choć minimalistyczne przez ograniczone możliwości budżetowe (spektakl jest wynikiem  dofinansowania w ramach Stypendium Artystycznego Miasta Łodzi) - jest dowodem na nieskończoną wyobraźnię Twórców.

Twórców i twórczyń, bo o ile Sosiński dwoi się i troi (dosłownie!) na scenie, to „Muzyka muralna” nie jest tworem jednego człowieka a grupy ludzi, których porwał pomysł i porwała Łódź.

Marcina Sosińskiego - pomysłodawcę i reżysera spektaklu - wspiera w reżyserii i opowiadaniu historii Katarzyna Stanisz. Grupa Po OmacKu, której Stanisz jest członkinią, pojawia się na scenie i - muszę przyznać - stanowi ważny filar całości.

Otóż bowiem nie byłoby rozmowy z Miastem, gdyby to miasto nie odpowiadało. A ono odpowiada kobiecym wielogłosem Agaty Butwiłowskiej, Emilii Dryi, Klaudii Kalinowskiej i Katarzyny Stanisz właśnie.


▪️Self Musical Sosińskiego nie jest - jak mogłoby się wydawać projektem hermetycznym, jasnym jedynie dla Łodzian i jednie przez Łodzian odczytywanym trafnie. Wbrew pozorom to bardzo uniwersalna opowieść i choć jest w niej kilka smaczków i mrugnięć oka w stronę lokalsów, nie odbiera to reszcie możliwości pełnego zrozumienia i emocjonalnego zaangażowania. Każde Miasto bowiem ma swoją muzykę, swój rytm i swoje teksty, często przecież bardzo podobne.


▪️„Muzyka muralna” jest jak Łódź - niepozorna, grubo ciosana, momentami przaśna, a jednocześnie urzekająca, zaskakująco urocza i pełna Sztuki przez duże „S”. Od zakończenia spektaklu nie mogę pozbyć się myśli, że oto właśnie zdarzyło się w polskim teatrze muzycznym coś na miarę „Tick, tick…boom!” Jonathana Larsona.


To spektakl będący jedną wielką metaforą, której znaczenie - no cóż - sami musicie odkryć.


A zapewniam, że warto.



3 wyświetlenia0 komentarzy

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie
bottom of page