GORACZKA SOBOTNIEJ NOCY / Teatr Muzyczny w Gdyni

Kiedyś już wspominałam, że musicalowe adaptacje filmów napawają mnie niepokojem. Zwłaszcza filmów uznawanych za kultowe. Niezależnie, jak bardzo uznacie to słowo za obciachowe, albo wyświechtane - ma ono w sobie siłę niepodważalną i zawiera te wszystkie ochy i achy, a także pełne oburzenia „jak to nie widział_ś?!”, które słyszy się zawsze, kiedy temat zejdzie na konkretne, kultowe właśnie zjawisko popkultury… bo jakoś nikt nie mowi o „Hamlecie”, że jest kultowy. Kultowy bowiem odnosi się głównie do tego co pop, nierzadko tak złe, że aż wspaniałe.

Film 𝘎𝘰𝘳𝘢𝘤𝘻𝘬𝘢 𝘚𝘰𝘣𝘰𝘵𝘯𝘪𝘦𝘫 𝘕𝘰𝘤𝘺 stała się kultowa, tak jak kultowy stał się biały garnitur Johna Travolty, w którym to Jego Tony idzie tanecznym krokiem w rytmie utworów Bee Gees po zwycięstwo w konkursie tanecznym. Co tu się może nie udać? Przecież jest prosta historia, świetna muzyka, kolorowa era disco i wątek damsko-męskiej fascynacji - samograj! Ale nie do końca. To, co działa w filmie nie musi wcale zapracować na sukces na scenie, a zbyt wyraziste i ugruntowane w świadomości ludzi postaci mogą nie pozwolić swoim nowym scenicznym wcieleniom dotrzeć do serca widowni. Czy to się udało ekipie Teatru Muzycznego w Gdyni?

Długo zbierałam się, żeby ten musical zobaczyć, udało mi się dopiero w przedostatnim secie i zdecydowanie nie żałuję kilku godzin w pociągu, brnięcia pod wiatr, pod górkę i w deszczu. Doceniam cholernie to, co dał mi ten spektakl. A dał mi znacznie więcej niż oczekiwałam.

Scena z natury oznacza umowność, symbolikę, brak dosłowności i dzięki temu nierzadko wygrywa z filmem, w którym nie chcemy widzieć tej umownosci, potrzebujemy realnych (choć przecież fikcyjnych, a nawet fantastycznych) światów. Nie chcemy niedomówień. Odbieramy je, jako brak jakosci. Tymczasem w teatrze świadomi jesteśmy, jaką rolę odgrywa nasza wyobraźnia i pozwalamy sobie na niedopowiedzenia. Dlatego proste historie zyskują w teatrze. Dlatego z pozoru proste historie dostają w teatrze drugie życie.

Sprowadzenie 𝘎𝘰𝘳𝘢𝘤𝘻𝘬𝘪 𝘚𝘰𝘣𝘰𝘵𝘯𝘪𝘦𝘫 𝘕𝘰𝘤𝘺 do historii młodego chłopaka, który pragnie wygrać konkurs taneczny, to jak odebrać tej opowieści godność. Bo Tony Manero przede wszystkim jest zagubionym chlopakiem, który leczy swoje kompleksy drogą koszulą, spreżystym krokiem i nienaganną fryzurą, ale jest to przecież powierzchowne, może nawet naganne, prowadzące do autodestrukcji. On i Jego koledzy o życiu nie wiedzą nic i to, co jest tutaj najważniejsze, a co często umyka - przekaz jest taki, że nikt ich tego życia nie może i nie chce nauczyć, błądzą więc, potykają się i upadają. Jedni się podnoszą choć nie zawsze z godnością, a inni niestety nie mają tyle szczęścia. Emigracja, nierówności klasowe, rasizm, przemoc w rodzinie, szowinizm, bolesny patriarchat, gwałt, niechciana ciąża, ból egzystencji, używki, stracone marzenia, stracone życia. Czy to jest prosta historia?

Musicalowa adaptacja Teatru Muzycznego w Gdyni doskonale radzi sobie z połączeniem rozrywki i tematów dramatycznych, które grają w drugim, ale nie mniej ważnym, planie. Mamy tutaj świetną scenografię, doskonałą choreografię i udaną charakteryzację, ale przede wszystkim wiernie oddane poczucie niepokoju, pułapki miejsca, zagubienia bohaterów i ta kompletnie pozorna z mojego punktu widzenia przemiana Tony’ego. Bo Tony jest dupkiem. Powiedzmy to jasno i wyraźnie. Dupkiem. Inną kwestią jest to, że owym dupkiem staje się, bo w zasadzie w środowisku w którym się obraca, w miejscu, w którym dorasta (przypominam, że Tony ma lat 19 wiec tak naprawdę to jest jeszcze dzieciakiem) można być albo dupkiem, albo przegranym, wiec z dwojga złego zawsze lepiej w te stronę…

Świetnie są tutaj rownież obsadzeni koledzy Tony’ego, dobrze skonstruowani charakterologicznie. Anette czy Stephanie - kolejne dobrze zbudowane bohaterki. Ale nie zapominajmy, że jednak jest to spektakl rozrywkowy, musical. A w tej roli także spełnia oczekiwania, bo - jak już wspominałam - choreografia jest dopracowana, bardzo zjawiskowo wyglądają sceny zbiorowe, udana synchronizacja rozbudowanych sekwencji to ogromny plus, bo nawet najlepsze sceny może pogrążyć brak zgrania tancerzy. Scenografia (czy aby nie ten sam most brookliński co w GHOST? ) dobrze gra swoją rolę, a mapping dodaje klimatu nie rozpraszając nadmiernie. No i bardzo dobre wokale! Wydaje się, że znane szlagiery dostają na tej scenie drugie życie. Wyborne są disco hity, ale i solówki bohaterów (Maciej Podgórzak! Filip Cembala!), czy duety sprawdzają się doskonale. A finał? A finał zgarnia wszystko. 𝘠𝘰𝘶 𝘴𝘩𝘰𝘶𝘭𝘥 𝘣𝘦 𝘥𝘢𝘯𝘤𝘪𝘯𝘨 𝘺𝘦𝘢𝘩!

Znajoma zapytała mnie, czy Filip Cembala gra w tym musicalu Johna Travolte. Nie, Filip Cembala gra Tony’ego. Swojego Tony’ego i chwała Mu za to, że nie gra Travolty, bo z tej postaci da się wyciągnąć znacznie więcej niż zrobiono to w ’77. Ma swoją mimikę, swój sposób mówienia. Oczywiście, że Jego Tony ma wiele z Tony’ego oryginalnego, filmowego, ale na cale szczęście ma też tyleż samo z Filipa. I tutaj ogromne ukłony, bo to właśnie od głównego bohatera wymaga się w tym spektaklu nie tylko talentu aktorskiego, ale i sporej kondycji, nie dając Tony’emu zbyt wielu chwil na wytchnienie, pozostawiając go niemal w ciągłym, ponad dwugodzinnym ruchu.

𝘎𝘰𝘳𝘢𝘤𝘻𝘬𝘢 𝘚𝘰𝘣𝘰𝘵𝘯𝘪𝘦𝘫 𝘕𝘰𝘤𝘺 Teatru Muzycznego w Gdyni to niezwykle udany musical, który nie zarzuca na nas przynęty w postaci rozbudowanych projekcji, technicznych gadżetów, fajerwerków i wodotrysków, ale daje dobrą, a zarazem niegłupią rozrywkę, z której - jeśli tylko zechcemy zaczerpnąć głębiej, pod warstwę disco - wyciągniemy sporo życiowych wniosków, może nawet nadziejemy się na skierowane prosto w nas konkretnie ostrze moralitetu. Ale może po prostu będziemy się za każdym razem dobrze bawić zostawiajac troski poza teatrem? Obie te opcje są ok. W obu przypadkach widz jest tak samo wygrany.


2 wyświetlenia0 komentarzy

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie