GET UP STAND UP! / Lyric Theatre w Londynie

Do wczoraj wydawało mi się, że reggae nie jest dla mnie. Miałam rację - wydawało mi się Kiedy kilka miesięcy temu zobaczyłam w social mediach filmik z prób do musicalu o Bobie Marleyu pomyślałam, że to kompletnie nie dla mnie, nie moje klimaty, ale z drugiej strony te kilka minut muzyki zainteresowało mnie na tyle, by po wielu dniach walki wewnętrznej przekonać samą siebie, że jednak warto.


„𝘎𝘦𝘵 𝘶𝘱 𝘚𝘵𝘢𝘯𝘥 𝘶𝘱!” to bardzo klasyczny musical, liniowo, chronologicznie ukazujący biografię głównej postaci, pozbawiony efektów specjalnych, stawiający na prostotę, humor i muzykę. I w zasadzie świetnie na tym wychodzi, bo klimat małomiasteczkowej Jamajki, 𝘵𝘺𝘭𝘯𝘦𝘨𝘰 𝘱𝘰𝘥𝘸𝘰𝘳𝘬𝘢 tak dalekiego od Kingston, wybrzmiewający silnymi głosami i ważnym przesłaniem w zupełności wystarcza, by porwać publikę.


Musical przygotowywany był pod okiem córki Boba Marleya dlatego znawców może nieco razić wybielanie Go, unikanie albo przerzucanie pewnych występków młodości na innych członków zespołu, czy usprawiedliwianie pełnego miłości, ale pozbawionego pierwiastka lojalności życia prywatnego Marleya (Król Reggae kochał żonę, ale był 𝘶𝘻𝘢𝘭𝘦𝘻𝘯𝘪𝘰𝘯𝘺 𝘰𝘥 𝘻𝘢𝘬𝘰𝘤𝘩𝘪𝘸𝘢𝘯𝘪𝘢 𝘴𝘪𝘦, a potomstwo płodził na potęgę - oficjalnie uznał jedenaścioro dzieci, ale ile miał ich naprawdę…?), ale dla osoby, która skupi się głównie na muzyce ten wątek nie musi być krytyczny.

Trzeba wspomnieć, że podczas spektaklu warto jest przyglądać się, co wyświetlają dwa telewizory umieszczone po obu stronach sceny, a także zwracać uwagę na scenografię i projekcje, jakie ją uzupełniają, bo to co jest niedopowiedziane przez aktorów, znajdzie się właśnie tam. Oczywiście dla kogoś, kto doskonale zna życie i twórczość tego Artysty oraz ich tło polityczne będzie to pewnie element czysto dekoracyjny - mi wiele wyjaśniało odczytywanie np pojawiających się nagłówków gazet, bo o Marleyu wiedziałam do wczoraj tyle, co nic.

Warstwa muzyczna to złoto. Każdy z głosów pojawiający się na scenie błyszczy i wywołuje ciarki oraz natychmiastową potrzebę „bujania się” w rytmie, co daje dodatkowy efekt fali na widowni. Dobrze ogląda się spektakle, których publika żywo reaguje na to, co dzieje się na scenie. Ja - chociaż z zupełnie innej bajki wydawać by się mogło - czułam dosyć mocną więź z resztą oglądających i dałam się porwać reggae, jak chyba jeszcze nigdy. Znane i kochane - nawet przez tak oderwane od tego gatunku osoby jak ja - przeboje „One love”, „I shot the sheriff”, „Could You Be Loved”, „Is This love”, „Three Little Birds” czy wreszcie tytułowe „Get Up Stand Up” wykonywane także w nowych aranżacjach, zbudowały niesamowity spektakl, który nie potrzebuje wybuchów, mapowania, czy efektów pirotechnicznych, by zachwycić.

Mnie zachwycił.

I sprawił, że sięgnęłam po muzykę Boba Marleya i zainteresowała mnie Jego historia. Historia człowieka, który nie zwracał uwagi na kolor skóry i nie chciał mieszać się w politykę, a który stał się symbolem walki i pojednania. Niezwykłe życie. Stanowczo za krótkie życie niezwykłego człowieka.


Bob Marley zmarł na raka w wieku 36 lat…




4 wyświetlenia0 komentarzy

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie