DIRTY DANCING. The Musical / Dominion Theatre w Londynie

Idąc na spektakl 𝘋𝘪𝘳𝘵𝘺 𝘋𝘢𝘯𝘤𝘪𝘯𝘨 na wszelki wypadek spodziewałam się najgorszego, bo oczywistym dla mnie było, że pewnych legend się nie tyka. Jak się okazało moje założenia były bezcelowe ponieważ poziom żenady w tym przypadku wywindował skalę tak wysoko, że tego się po prostu przewidzieć nie dało.

Jeśli miałabym uplasować jakoś ten musical dla zobrazowania jego poziomu to byłoby to gdzieś pomiędzy jasełkami w domu katechetycznym na Dolnym Śląsku, a Nocą Kabaretową Polsatu, przy czym w tej chwili Noc Kabaretowa plasuje się sporo ponad 𝘋𝘋, co spokojnie można odczytać jako 𝘋𝘰 𝘋𝘰𝘰𝘱𝘺 i się człowiek nie pomyli.


Zacznę od tego, że twórcy ewidentnie nie wykupili prawa do piosenki otwierającej oryginalne 𝘋𝘪𝘳𝘵𝘺 𝘋𝘢𝘯𝘤𝘪𝘯𝘨 albo kobieta, która miała spektakl otworzyć pomyliła tytuły. Po pierwszych, jakże kultowych „tum tudum tum dum tu dum tum” każdy rwał się do „the night we met I knew I needed you so”, a tu zaskoczenie, lewy sierpowy na sam początek, wchodzi Pani i coś tam śpiewa, ale nikt nie wie co... Ale ok. Daję musicalowi szansę, bo nie po to do cholery wydałam to 15£, żeby od razu się zrazić! O nie! Ja się świetnie trzymam. Ja dam radę!

Na szczęście już od „Meringue” chociaż muzyka się zgadza, chociaż co do wykonania to… no po West Endzie spodziewam się więcej…

Fabułę wszyscy znają, każdą scenę po kolei, toteż tutaj również jakiś taki lekki zgrzyt, bo twórcy trochę odjęli, a trochę dodali „od siebie”, a jak się kończy dodawanie „od siebie” to my już wiemy od czasów „Poranku kojota”. No dobrze nie jest.


W ogóle dobrze nie jest, bo spektakl wygląda, jakby go napisała Blanka Lipińska razem z Wójcikiem z Kabaretu Ani Mru Mru. W zasadzie, gdyby ktoś dopisał do tytułu „Parody” albo „The play that goes wrong” to ja bym wiedziała, czego się spodziewać, napiłabym się wcześniej, nałykała xanaxu. A tak to mi jest po prostu smutno.

W tym spektaklu nie ma ani krzty szacunku wobec pierwowzoru, a nieodżałowany Patrick w grobie się przewraca, bo to co tutaj zrobiono z Johnnym to jest morderstwo z premedytacją.

Ale zanim przejdę do gołych części ciała Johnny’ego (tak…) to opowiem jeszcze ogólnie o adaptacji scenicznej, bo ona jest tania, jak objazdowy teatrzyk w czasach PRLu. Scenografia jest uboga, większość scen, które nie odbywają się w ośrodku Kellermana w sumie odbywają się w ośrodku Kellermana tylko tyle, że raz adapter stoi przy drzwiach (mieszkanie Johnny’ego), a raz nie (poza mieszkaniem Johnny’ego), a czasami opada półprzezroczysta kurtyna i wtedy bohaterowie znajdują się w wodzie.

Do tego dochodzi taka akcja, że kiedy trzeba zmienić cześć scenografii, albo w filmie jest jakiś konkretny montaż, którego jeden do jednego nie da się odtworzyć w spektaklu, to na scenie pojawia się grupa ludzi i odstawia debilne scenki (sprytne!) mające prawdopodobnie być zabawne i - owszem - pijane towarzystwo na widowni (przypominam, że cena biletu plasował się średnio na poziomie dwóch kebabów u Turka, także no…) bawiło się, jak dzikie (dosłownie), ale mi osobiście tutaj warga nawet nie drgnęła. Jest także kilka nowych scen, ale na ocenę ich wartości zarzucę zasłonę milczenia.

Humor jest tutaj kuriozalny. Baby w filmie była nieporadna w tańcu, ale sympatyczna i naturalna. Baby w spektaklu jest przerysowana i sztuczna. Zresztą niemal każdy delikatny żart z filmu jest tutaj wydziergany sznurem do snopowiązałki. Grubo.


Najbardziej jednak boli nadmiar jakiejś kompletnie idiotycznej, płytkiej erotyki, która pasuje do 𝘋𝘪𝘳𝘵𝘺 𝘋𝘢𝘯𝘤𝘪𝘯𝘨, jak porno do spotkania z teściami - nijak. Rozumiem lekkie zabarwienie choreografii, zbiorowych (nomen omen hehehe), bo ma to sens, ale abstrakcyjne wręcz wypinanie pupy przez Penny podczas nauki tańca (Johnny-Baby-Penny) było zbędne tym bardziej, że w założeniu ponętne ruchy miały w sobie więcej z galopującej skoliozy, niż tańca budzącego pożądanie.


No i Johnny. Johnny jest muskularny, wyrzeźbiony, jak jakiś bóg grecki. Tak, Michael O’Reilly ma co pokazać i to pokazuje, ale jak już bardzo chciał zadebiutować na West Endzie, jako tancerz erotyczny to mógł wysłać CV i selftejpa do Channinga Tatuuma („Magic Mike Live” - wiadomo… hot stuff). A ten tutaj chodzi i się pręży, pręży i wzdycha, jak kopulujący mors. A potem zdejmuje koszulkę - widownia szaleje, zdejmuje spodnie - widownia szaleje, zdejmuje majtki - widownia szale…co?! No owszem. Johnny w tym musicalu pokazuje poślady (a jędrne! A i owszem!), a wygląda to tak idiotycznie, że - kiedy cała sala napalonych, jak szczerbaty na suchary pijanych pań gwizdała i już szykowała staniki do wyrzutu - ja się łapałam za głowę w znanym geście fejspalma…

Zresztą do tej chwili nie wiem, co mnie dzisiaj wieczorem wkurwiło bardziej : to, co działo się na scenie, czy to, co działo się na widowni, bo to była sama śmietanka rynsztokowa.


Jaki spektakl - taka widownia, chciałoby się rzec.

Wytrzymałam do końca. Nie klaskałam. Wyszłam.



7 wyświetleń0 komentarzy

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie