CINDERELLA / Gillian Lynne Theatre w Londynie

Andrew Lloyd Webber to jeden z najznakomitszych kompozytorów musicalowych. Jego dzieła takie, jak „𝘒𝘰𝘵𝘺”, „𝘌𝘷𝘪𝘵𝘢”, czy „𝘜𝘱𝘪𝘰𝘳 𝘸 𝘰𝘱𝘦𝘳𝘻𝘦” zna każdy niezależnie od stopnia zainteresowania musicalem czy teatrem w ogóle. Webber ma na koncie nagrody Tony, Emmy, Grammy i Oscara. Dlaczego do cholery postanowił wziąć na tapet „𝘒𝘰𝘱𝘤𝘪𝘶𝘴𝘻𝘬𝘢”? Jedną z najbardziej znanych i zgranych bajek? Przyznam, że po ogłoszeniu nowego projektu Webbera byłam zawiedziona.

Tymczasem - chociaż kanwą dla tego dzieła niewątpliwie jest stara, znana baśń - Andrew Lloyd Webber wraz z Emerald Fenner (scenariusz) i Dawidem Zippelem (teksty) napisał „𝘊𝘪𝘯𝘥𝘦𝘳𝘦𝘭𝘭𝘦” od nowa, współcześnie, z humorem, ale i z przesłaniem. Niejednym.

Akcja dzieje się we francuskim mieście Belleville, którym rządzi Królowa o szemranej przeszłości bliższej placowi Pigalle (𝘪𝘧 𝘺𝘰𝘶 𝘬𝘯𝘰𝘸 𝘸𝘩𝘢𝘵 𝘐 𝘮𝘦𝘢𝘯. ..) niż dworom książęcym, a którego mieszkańcy są piękni. Piękni modelowo. Sztucznie. Na siłę. Kobiety chodzą na szpilkach, nie wyobrażają sobie wyjścia bez makijażu, każda mogłaby zdobić okładkę „𝘝𝘰𝘨𝘶𝘦'𝘢”, A mężczyźni? Ach, mężczyźni! Tancerze Chippendales mogliby się schować, takie tu mamy wytryski testosteronu. Królowa - poza byciem piękną - jest również bizneswoman, która w doprowadzającej do obłędu płeć piękną (a jakże!) męskości swego pierworodnego syna - Księcia z Bajki (Prince Charming) upatruje źródło szeregu korzyści materialnych. Marchendise z Królewiczem w roli głównej to źródło dochodu Belleville. Ale Piękny Książę ginie w walce ze smokiem czy innym pokrakiem, a kubeczki i czapeczki zaczynają sprzedawać się słabo, skarbiec pustoszeje. Królowa jest w rozpaczy. Ma wprawdzie drugiego syna, ale - w przeciwieństwie do brata - Prince Sebastian nie wzbudza w kobietach niczego więcej poza politowaniem. Mały, chudy, bez zamiłowania do typowych męskich zainteresowań jak bitka i popitka oraz panny z miasteczka. Dziwak. A do tego zakochany w największej buntowniczce, miasteczkowej brzyduli (𝘫𝘦𝘥𝘺𝘯𝘦𝘫 𝘬𝘵𝘰𝘳𝘢 𝘯𝘪𝘦 𝘯𝘰𝘴𝘪 𝘴𝘻𝘱𝘪𝘭𝘦𝘬!), dziwaczce - 𝘊𝘐𝘕𝘋𝘌𝘙𝘌𝘓𝘓𝘐. Tymczasem Królowa dla podratowania budżetu pragnie ożenić Sebastiana z Panną z Miasteczka, którą sobie Sebastian wybierze podczas wielkiego balu (𝘸𝘴𝘵𝘦𝘱 𝘱𝘭𝘢𝘵𝘯𝘺, 𝘸𝘦𝘫𝘴𝘤𝘪𝘦 𝘝𝘐𝘗 𝘱𝘭𝘢𝘵𝘯𝘦 𝘱𝘰𝘥𝘸𝘰𝘫𝘯𝘪𝘦….).

Kusi mnie, żeby Wam opowiedzieć dalej tę historię, żeby opisać największe smaczki, zwroty akcji i zaskoczenia, ale przecież nie o to tu chodzi. Napiszę więc tylko, że „𝘊𝘪𝘯𝘥𝘦𝘳𝘦𝘭𝘭𝘢” to współczesna historia o sztuczności, dążeniu do kreowanych przez media ideałów, które zabijają naturalne piękno. To baśń o kompleksach, o strachu przed utratą miłości, bo nie jest się wystarczającym i o tym, że zapominamy, że jeśli ktoś nas kocha, to dla tego kogoś jesteśmy piękni tacy, jacy jesteśmy. Ale to też opowieść o stereotypach, o napompowanych frazesach o tym, co męskie i niemęskie, co kobiece, a co tę kobiecość odbiera, kiedy tak naprawdę świat jest zupełnie inny, lepszy, ładniejszy bez tych wszystkich upiększaczy. I miłość. Miłość jest najważniejsza. Ta prawdziwa, wolna, pozbawiona narzuconych przez społeczeństwo czy kulturę zasad. Miłość do tego, kogo kochamy niezależnie kogo wybierzemy i czy wpiszemy się tym wyborem w sztywne ramy.

„𝘊𝘪𝘯𝘥𝘦𝘳𝘦𝘭𝘭𝘢” jest zbuntowaną, pragnącą niezależności kobietą, ale to nie zabrania jej kochać i popełniać błędów z miłości. Sebastian jest wrażliwy, delikatny, ale czy to oznacza, że niemęski? A Prince Charming? Ociekający testosteronem ogier, a tak naprawdę… to będziecie musieli sprawdzić już sami

Produkcja Andrew Lloyda Webbera, choć z lekkością i humorem, to porusza ważne tematy tolerancji, kompleksów wynikających ze sztucznie kreowanego świata, walki ze stereotypami. To także ciekawy obraz młodej kobiety we współczesnym świecie - kobiety, która nie umie wpisać się w obowiązujące kanony piękna, a przez to budzi się w niej poczucie, że nie jest wystarczająco dobra, by zasługiwać na miłość. Przyznam szczerze, że ogromnie osobiście odebrałam ten spektakl i być może dlatego tak bardzo mi się podobał, bo - choć nigdy nie czułam się „𝘒𝘰𝘱𝘤𝘪𝘶𝘴𝘻𝘬𝘪𝘦𝘮” w tym przypadku postać zagrała na mojej czułej strunie emocji.


Georgina Onuorah, która grała tego dnia Kopciuszka skradła moje serce, a Ivano Turco - zdobywca Black British Theatre Award za rolę Księcia Sebastiana - wzruszył tym bardziej, że zdecydowanie przywodził mi na myśl stylizacją Michaela Jacksona, którego kocham miłością fanowską od niema czterech dekad! A Jego wykonanie „Only You Lonely You” - ach!

Muzyka jest tutaj doskonała. I chociaż po pierwszym przesłuchaniu miałam mieszane uczucia to po kilku razach zdecydowanie zaczęła wybrzmiewać coraz lepiej. Szczególnie dobrze nuci się „Bad Cinderella”, które ma zadatki na całkiem spory hit, chociaż moim osobistym faworytem jest miłosna ballada o tym, że za późno już na love songi czyli „Far Too Late”.

Scenografia jest w całości klasyczna, żadnych monitorów, żadnych efektów. No może poza tym, że - jeśli zdecydujecie się na podróż do Londynu, by zobaczyć „𝘊𝘪𝘯𝘥𝘦𝘳𝘦𝘭𝘭𝘦” to starajcie się kupić miejsca tuż przed sceną ( pierwsze siedem rzędów), bo siedząc tam odbędziecie podróż w sam środek wielkiego balu Obrotowa scena to za mało. Obrotowa widownia- to jest to!

Jeśli myślicie, że klasyczne bajki i baśnie nie są dla dorosłego widza to bardzo się mylicie. „𝘊𝘪𝘯𝘥𝘦𝘳𝘦𝘭𝘭𝘢” Andrew Lloyda Webbera to zdecydowanie produkcja dla dorosłego widza. Zwłaszcza tego zagubionego we współczesnym świecie.




8 wyświetleń0 komentarzy

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie