CABARET / The Kit Kat Club / Playhouse Theatre

▪️ Wyobraźcie sobie berliński klub z lat trzydziestych ubiegłego wieku.

Wchodzicie do niego tylnym wejściem. Lawirujecie wąskimi korytarzami o bielonych, ceglanych ścianach, próbując dotrzeć do głównej sali. Prowadzi Was muzyka: akordeon, skrzypce, obój. Gdzieś po drodze zahaczacie o kelnera, który częstuje Was Schnappsem, a kiedy docieracie do głównego baru Waszym oczom ukazują się kuso ubrane tancerki o ostrych makijażach i równie nieskromnie odziani oraz kuszący długimi rzęsami tancerze. Coś pobudzającego dla każdego.

Na sali atmosfera tajemniczości. Wokół okrągłej, niewielkiej sceny stoliki, a na nich małe lampki dające delikatne choć ciepłe światło. Wszystko - od scenografii po stroje - w odcieniach przywodzących na myśl stare zdjęcia w sepii. Zdjęcia, w których obrębie nie mieszczą się troski i problemy. Zdjęcia na których uchwycona jest tylko ta przelotna chwila zapomnienia.


𝘞𝘪𝘭𝘭𝘬𝘰𝘮𝘮𝘦𝘯! 𝘈𝘯𝘥 𝘣𝘪𝘦𝘯𝘷𝘦𝘯𝘦𝘶! 𝘞𝘦𝘭𝘤𝘰𝘮𝘦!

𝘍𝘳𝘦𝘮𝘥𝘦𝘳, 𝘦𝘵𝘳𝘢𝘯𝘨𝘦𝘳, 𝘴𝘵𝘳𝘢𝘯𝘨𝘦𝘳

𝘎𝘭𝘶𝘤𝘬𝘭𝘪𝘤𝘩 𝘻𝘶 𝘴𝘦𝘩𝘦𝘯

𝘑𝘦 𝘴𝘶𝘪𝘴 𝘦𝘯𝘤𝘩𝘢𝘯𝘵𝘦

𝘏𝘢𝘱𝘱𝘺 𝘵𝘰 𝘴𝘦𝘦 𝘺𝘰𝘶

𝘉𝘭𝘦𝘪𝘣𝘦, 𝘳𝘦𝘴𝘵𝘦, 𝘴𝘵𝘢𝘺!

𝘞𝘪𝘭𝘭𝘬𝘰𝘮𝘮𝘦𝘯!𝘈𝘯𝘥 𝘣𝘪𝘦𝘯𝘷𝘦𝘯𝘦𝘶! 𝘞𝘦𝘭𝘤𝘰𝘮𝘦!

𝘐𝘮 𝘤𝘢𝘣𝘢𝘳𝘦𝘵, 𝘢𝘶 𝘤𝘢𝘣𝘢𝘳𝘦𝘵, 𝘵𝘰 𝘤𝘢𝘣𝘢𝘳𝘦𝘵!

▪️ Najnowsza inscenizacja musicalu „𝘊𝘢𝘣𝘢𝘳𝘦𝘵” w Londynie jest czymś więcej niż tylko spektaklem. To jest przeżycie teatralne, które zaczyna się w momencie przekroczenia progu klubu Kit Kat.

To, co opisałam powyżej to dokładnie to, co się widzi i czego się doświadcza wchodząc do Playhouse Theatre.


▪️ W przypadku najsłynniejszych dzieł sztuki dramatycznej nie jest już ważne „co” -bo sedno „Hamleta”, „Mistrza i Małgorzaty”, czy choćby opisywanego tutaj „𝘊𝘢𝘣𝘢𝘳𝘦𝘵𝘶” zdaje się być znane każdemu - a „jak”, które sprawia, że możemy historię i przesłanie odkryć na nowo, nie mając przy tym nieprzyjemnie łaskoczącej naszej świadomość myśli „ale to już było”.

Poczucie znudzenia wynikające z obserwowania startych klisz jest bowiem najgorszym z możliwych doświadczeń odbiorcy sztuki wszelakiej.

Na czym w takim razie polega fenomen „𝘊𝘢𝘣𝘢𝘳𝘦𝘵𝘶” Rebecci Frecknall?

▪️ Twórcy nowej inscenizacji ikonicznego musicalu duetu Kander/Ebb postawili właśnie na to „jak”, przyjmując w gruncie rzeczy najprostszą i najbardziej oczywistą (choć prawdopodobnie również jedną z najdroższych) formę i przekształcili teatr w klub będący niemym świadkiem wydarzeń mających miejsce w sztuce, a które wybrzmiewają dzisiaj niepokojąco aktualnie.

To doświadczanie historii niemal bezpośrednio, bycie w samym centrum tragicznych wydarzeń, obcowanie z emocjami bohaterów nie jako odgrodzony czwartą ścianą od sceny widz, ale pełnoprawny świadek - z jednej strony pozwala nam chłonąć klimat tego miejsca, unosić się w absolutnym zachwycie, a z drugiej odczuwać narastający niepokój, poczucie bezradności wobec zła, które czeka za drzwiami.

A to doświadczenie uderza nas tym mocniej, iż mniej lub bardziej, ale jednak każdy z nas świadomy jest, że to opisane w musicalu zło czai się naprawdę także za naszymi drzwiami. To nie tylko wyimaginowana opowieść o nieokreślonym źródle smutku, które zamknięte w ramach sceny nigdy nas nie dosięgnie.

Nie.

„𝘊𝘢𝘣𝘢𝘳𝘦𝘵” mówi o rodzącym się faszyzmie i jest poruszającym do głębi obrazem pewnego rodzaju zobojętnienia, nieświadomej albo - co gorsza - świadomej rezygnacji z buntu wobec zmian, które krok po kroku zbliżają nas do tragedii.

Brzmi jak codzienność…?


▪️ Interesujące wydaje się to, jak okoliczności zmieniają wydźwięk sztuki. Kiedy Rebecca Frecknall rozpoczynała pracę nad spektaklem, jego bardzo intymna forma, zbliżenie widza i aktora miało zupełnie inny symbolizm. Stanowiło pewne przeciwstawienie się, próbę odczarowania świata w pandemii, w którym potężny dystans społeczny stał się normą.

A dzisiaj?

Choć swastyka na ramieniu jednego z bohaterów zawsze wywoływała silne emocje, dopiero ostatnie tygodnie sprawiły, iż uderza nas - gości The Kit Kat Club - silniej. Forma przedstawienia wydaje się potęgować poczucie strachu. Nie da się zostawić trosk za drzwiami klubu. Nie da się też tego niepokoju zostawić na scenie i odetchnąć po wyjściu z teatru. Intymna, ale i duszna atmosfera Berlina lat trzydziestych ubiegłego wieku wychodzi z teatru razem z nami. „Tu i teraz” w teatrze i „tu i teraz” poza nim wydają się zlewać w jedno.


▪️ „𝘊𝘢𝘣𝘢𝘳𝘦𝘵” jest ponadczasowy w treści, ale to forma decyduje o tym, czy ta ponadczasowa treść do nas dotrze. Inscenizacja londyńska jest obłędna. Scenografia, stroje, budowanie klimatu - majstersztyk! Tak, jakby twórcy zapomnieli o wszystkich, co w temacie „𝘊𝘢𝘣𝘢𝘳𝘦𝘵𝘶” do tej pory powstało i świeżo oraz bez żadnych ukłonów wobec poprzedników nakreślili wszystko na nowo, po swojemu, bez kompleksów i twórczych zahamowań.


▪️ Niestety nie udało mi się zobaczyć w głównych rolach Eddiego Redmayne’a i Jessie Backley, ale Fra Fee i Amy Lennox są na tyle znakomici, że aż trudno mi sobie wyobrazić, czym poprzednia obsada mogłaby mnie zaskoczyć.

W tym spektaklu każdy od ról pierwszoplanowych, przez drugoplanowe, tancerzy, aż po orkiestrę jest perłą.

Muzyka grana na żywo brzmi doskonale, a aranżacje znanych przecież bardzo dobrze utworów są wyśmienite, choć wciąż klasyczne. Zdecydowanie postawiono na emocje, a nie nienaturalne ozdobniki czy uwspółcześnienia.


▪️ „𝘊𝘢𝘣𝘢𝘳𝘦𝘵” zachwyca i boli jednocześnie, przypieka nasze policzki rumieńcem ekstazy, by za chwile zamieniać go w czerwień wstydu, porywa i osłabia, rozkochuje i zdradza, pozostawia w stanie upojenia dobrem i przerażenia złem.


Arcydzieło.



11 wyświetleń0 komentarzy

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie