BACK TO THE FUTURE / Adelphi Theatre w Londynie

Wszystko zaczęło się w 1985 roku, kiedy to na ekrany kin weszła pierwsza część, dzisiaj już kultowej, trylogii „𝘉𝘢𝘤𝘬 𝘵𝘰 𝘵𝘩𝘦 𝘍𝘶𝘵𝘶𝘳𝘦” w reżyserii Roberta Zemeckisa. Ta niezapomniana komedia przygodowa o podróżach w czasie z Michaelem J. Foxem i Christopherem Lloydem w rolach głównych, podbiła serca fanów i wraz z drugą i trzecią częścią na stałe wpisała się w historii popkultury i filmu. Czy musical o podróży w czasie może być dobry? Czy da się uniknąć przesadnej ilości efektów specjalnych? A może bez nich nie da się w ogóle 𝘱𝘰𝘸𝘳𝘰𝘤𝘪𝘤 𝘥𝘰 𝘱𝘳𝘻𝘺𝘴𝘻𝘭𝘰𝘴𝘤𝘪? No i czy naprawdę śpiewający i tańczący Emmett Brown to to na co czekaliśmy ponad trzy dekady? Otóż czekaliśmy. Czekaliście! To jest coś, czego potrzebujecie choć może jeszcze o tym nie wiecie!

„𝘉𝘢𝘤𝘬 𝘵𝘰 𝘵𝘩𝘦 𝘍𝘶𝘵𝘶𝘳𝘦” w 𝘈𝘥𝘦𝘭𝘱𝘩𝘪 𝘛𝘩𝘦𝘢𝘵𝘳𝘦 w Londynie to niesamowita podróż sentymentalna, która pozostawia nas z niedosytem, której kontynuacji się pragnie, i która jednocześnie nie pastwi się, nie wykorzystuje pierwowzoru w sposób, który jakkolwiek mógłby zawieść fanów trylogii filmowej. To hołd i pomnik dla dzieła Zemeckisa.

Mamy tutaj - jak przystało na dzieło sci-fi - niesamowite efekty specjalne, ale także wspaniałą scenografię, która jest połączeniem animacji i efektów wizualnych wyświetlanych na kilku ekranach z faktycznie zbudowanymi elementami, co nadaje spektaklowi autentyczności i wprowadza go na wyższy poziom. DeLorean zbudowany jest z dbałością o najmniejsze szczegóły, a to, w jaki sposób pokazane są jego wyprawy w czasie - niezapomniane przeżycie. Ale „𝘉𝘢𝘤𝘬 𝘵𝘰 𝘵𝘩𝘦 𝘍𝘶𝘵𝘶𝘳𝘦. 𝘔𝘶𝘴𝘪𝘤𝘢𝘭” to także wspaniałe kreacje aktorskie. Poza głównymi bohaterami - doktora i Marty’ego, w których wcielili się Roger Bart (genialny) oraz Will Haswell (uroczy) - na szczególną uwagę zasługuje Hugh Coles, którego George McFly to postać przezabawna i niezwykle wręcz elastyczna Patrzyłam z podziwem!

Ale przecież to musical, co zatem z tym aspektem? Pierwsza scena z udziałem doktora i utwór „It works” zachwyca i wskazuje kierunek całego musicalu. Jest zabawnie, jest z pomysłem, muzycznie doskonale, tanecznie i kolorowo. Ten musical ma w sobie sporo autoironii, puszcza oko do widza, bawi się konwencją.

„𝘉𝘢𝘤𝘬 𝘵𝘰 𝘵𝘩𝘦 𝘍𝘶𝘵𝘶𝘳𝘦. 𝘔𝘶𝘴𝘪𝘤𝘢𝘭” to rozrywka na najwyższym poziomie przygotowana i wyprodukowana tak, by spełnić oczekiwania zarówno wielkich fanów filmu (iluż ich było na widowni! Ubrani w koszulki, bluzy, świąteczne sweterki(!). A jak reagowali na poszczególne sceny! Na „Johnny B. Goode” czy „Back in Time” - szaleństwo! To była uczta sama w sobie!), wielbicieli musicalu czy też tych, którzy szukają w teatrze muzycznym po prosty czystej rozrywki i dużej dawki śmiechu.

To jeden z lepszych spektakli musicalowych jakie kiedykolwiek widziałam i nie chodzi tylko o musical na podstawie filmu. Nie ma tutaj żadnego naciągania, nie ma niepotrzebnych utworów, przesady czy udawania. Wszystko ma swój cel, wszystko jest przemyślane od początku do końca. Począwszy od tego, co zastajemy po wejściu na salę (olbrzymi ekran, który przywodzi na myśl układ scalony), przez to co serwuje sie nam w przerwie (z głośników leci radio z 1965 roku), skończywszy na tym, co dzieje się na scenie: prawdziwa magia (momentami dosłownie!). Poczułam, jakby przeniesiono mnie w czasie. I w przestrzeni. Bo znalazłam sie w miejscu absolutnego szczęścia.


Obejrzyjcie!




10 wyświetleń0 komentarzy

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie