FOUR QUARTETS / Harold Pinter Theatre w Londynie

T.S. Eliot był urodzonym w Stanach Zjednoczonych poetą, który z czasem przeniósł się do Londynu i przeszedł na anglikanizm, dlatego szukając informacji o nim znajdziecie informację, iż był twórcą amerykańsko-brytyjskim. Był przedstawicielem modernizmu, poetą, eseistą, a także przez jakiś czas redaktorem literackim, który zresztą odrzucił po przeczytaniu „𝘍𝘰𝘭𝘸𝘢𝘳𝘬 𝘻𝘸𝘪𝘦𝘳𝘻𝘦𝘤𝘺” Orwella. Był bardzo religijny, choć - jako osoba poszukująca głębokiej prawdy o życiu i świecie (co zresztą dostrzegalne jest we wszystkich Jego dziełach) - nie stronił od analizy i religioznawstwa, będąc urzeczonym np buddyzmem. Jego największymi dziełami są - jak twierdzą światli znawcy poezji - „𝘡𝘪𝘦𝘮𝘪𝘢 𝘫𝘢𝘭𝘰𝘸𝘢” z 1922 roku "𝘊𝘻𝘵𝘦𝘳𝘺 𝘬𝘸𝘢𝘳𝘵𝘦𝘵𝘺”, czyli zbiór czterech utworów pisanych na przestrzeni kilkunastu lat, a wydanych w całości w roku 1943. W 1948 roku T.S. Eliot został nagrodzony literacką nagrodą Nobla za „wydatny wkład nowatorski we współczesną poezję”

„𝘊𝘻𝘵𝘦𝘳𝘺 𝘬𝘸𝘢𝘳𝘵𝘦𝘵𝘺” w wykonaniu Ralpha Fiennesa w 𝘏𝘢𝘳𝘰𝘭𝘥 𝘗𝘪𝘯𝘵𝘦𝘳 𝘛𝘩𝘦𝘢𝘵𝘳𝘦 w Londynie było dla mnie wyjątkowym przeżyciem z kilku powodów. Po pierwsze nieczęsto mam do czynienia z poezją i nie jest to forma, którą zwykłam wybierać. Z poezją do czynienia mam rzadko, a tym bardziej z poezją w języku angielskim. Po drugie jeszcze rzadziej spotykam się z poezją w teatrze. Niemniej jednak fakt, że poematy Eliota miał recytować sam Voldemort przekonały mnie do zakupu biletu. Dzierżąc w dłoni program oraz kieliszek szampana weszłam do audytorium…

Już bardzo klimatyczna scenografia zapowiadała kameralne, ale bardzo emocjonalne przedstawienie i zdecydowanie takim spektaklem się „𝘊𝘻𝘵𝘦𝘳𝘺 𝘬𝘸𝘢𝘳𝘵𝘦𝘵𝘺” okazały. Ralph Fiennes idealną angielszczyzną recytował każdy z utworów oddając wyjątkowo trafnie emocje, pokazując niebywały kunszt aktorski, w który ani przez moment nie wątpiłam, ale który zdaje się znacznie pełniej wybrzmiewać ze sceny teatru niż z ekranu telewizora. Drobne gesty, modulacja głosem, przeszywające spojrzenia. I zupełna cisza na sali. Żadnych szeptów, żadnych szmerów. Jakby poezja zaczarowała widownię całkowicie, jakby przez te osiemdziesiąt minut zawieszono nas gdzieś pomiędzy głosem Fiennesa, a myślami Eliota.

Przyznam szczerze, że nie spodziewałam się tak dużego oddziaływania spektaklu, bo - jak wspominałam - z poezją nie jest mi po drodze. Okazuje się jednak, że piękno i mądrość ukryta w słowach, potrafią zaprosić do wspólnej wędrówki nawet tak opornych widzów, jak ja. Sięgnijcie po „𝘊𝘻𝘵𝘦𝘳𝘺 𝘬𝘸𝘢𝘳𝘵𝘦𝘵𝘺”, bo warto. Nie napiszę Wam mojej ich interpretacji, bo jeśli chodzi o poezję - ona jest o tym, co czuje w niej odbiorca.




2 wyświetlenia0 komentarzy

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie