MISTRZ I MAŁGORZATA / Teatr Muzyczny w Gdyni

Podobno podczas premiery spektakl nie był skończony. Podobno część obsady zeszła ze sceny, gdy wkroczył na nią reżyser. Podobno spektakl jest żałosnym końcem musicalu w Polsce i żal serce recenzentów ściska, iż na pogrzeb tego gatunku przybyli do teatru w Gdyni, który musicalem perfekcyjnym od lat stoi.

Jak to naprawdę jest z „Mistrzem i Małgorzatą” w reżyserii Janusza Józefowicza z muzyką Janusza Stokłosy?

Przede wszystkim chciałabym podkreślić, że na spektaklu byłam dwa tygodnie po oficjalnej premierze i być może wersja, jaką dane mi było obejrzeć była wersją wielce zaawansowaną w stosunku do tej premierowej, bo tutaj akurat prawda jest jedna: Józefowicz nawet nie krył się z tym, że podaje widzom pierwszego spektaklu produkt niepełny i oczekujący na ostateczne zmiany.

Nie wiem, na jakim etapie „Mistrz i Małgorzata” jest dziś, jednakże…

Po premierze środowisko teatralne zahuczało, bo z daleka czuć było konfliktem pomiędzy reżyserem, a ekipą teatru (znakomitą zresztą poczynając od aktorów pierwszoplanowych, przez dalszy plan, a na muzykach kończąc), a w recenzjach mniej lub bardziej dosadnie przekazywano, że ów konflikt przeniósł się na scenę, na której dostajemy produkt teatralno~ i musicalopodobny, żenujący i wołający o pomstę do nieba, a niektórzy najchętniej zabraliby dożywotnio Józefowiczowi prawo do wykonywania zawodu, albowiem Jego „Mistrz i Małgorzata” to dzieło diabelnie wręcz koszmarne. Otóż nie.


Widzom spektakl się podoba i to powinno być jasnym sygnałem, że o żadnym „pogrzebie” musicalu mowy być nie może. Pomijam już fakt, że sam dyrektor artystyczny Teatru Buffo, ani żaden recenzent nie ma takie siły, by musical w Polsce jednym nieudanym (wg kogo?) spektaklem uśmiercić. Nawet Woland mocy takiej nie ma, chciałoby się rzec… A „Mistrz i Małgorzata” nie jest musicalem tak bardzo złym, jak bardzo chcieliby go złym widzieć krytycy, którzy najwyraźniej nie umieją oddzielić tego, co na scenie od tego, co poza nią, za kulisami, a o czym widzowie nie wiedzą i – mam przypuszczenie graniczące z pewnością – w ogóle wiedzieć by nie chcieli.


Libretto Jurija Riaszeńcewa sprawnie operuje światami z powieści Bułhakova, choć nieco spychając na margines tytułowych bohaterów, którzy u pisarza, byli klamrą, przyczynkiem i antidotum na zło, a tutaj odbiera im się ów monumentalizm i siłę odziaływania na rzecz nadmiernej liryczności, ale może to tylko mój wrodzony brak romantyzmu każe mi uznawać to za wadę.

Ale świat Wolanda ( w tej roli moim zdaniem doskonały Marek Richter) i Moskwy, w której zalęgło się zło oraz czasy Poncjusza Piłata to wizje niezwykle udane, a niektóre sceny – jak chociażby pierwsze przejście pomiędzy Jerozolimą, a stalinowską Rosją w rytmie „Międzynarodówki”, świetny fokstrot „U Gribojedowa”, czy odejście Piłata i Joszui - to czyste złoto.

Jest to niewątpliwie warte pochwały, że Józefowicz konsekwentnie stara się tworzyć spektakle wymykające się ramom gatunkowym, łączy multimedia z tym, co „tu i teraz” na scenie, jednak nie dla każdego jest to wizja teatru, jakiej szuka, a w „Mistrzu i Małgorzacie” ten wymiar pozasceniczny zawiódł. Projekcje podróży nagiej Małgorzaty nad Moskwą pozostawia wiele do życzenia, animacje podczas balu są zatrważająco nieudolne, a kostium Behemota, trąci szkolnym balem kostiumowym. Zresztą sama scena wielkiego przyjęcia u Wolanda jest ogromnym rozczarowaniem, bo widz ma wrażenie, że Twórcy albo nie mieli żadnego pomysłu, na tę – jakże plastyczną! – wizję balu potępieńców, albo zabrakło funduszy, by spektakularną wizję zrealizować. Kwestia pieniędzy to też zresztą nie tajemnica. Józefowicz pragnął po raz kolejny wprowadzić do swojego spektaklu elementy projekcji 3D, co ze względów finansowych się nie udało (chwała bogom na wysokościach!), można zatem przypuszczać, że sporo z tego, co być miało, udać się nie mogło. Dlatego - owszem – spektakl trąci nieco taniością, ale muszę przyznać, że mam też wygórowane wymagania, a Gdynia to jednak nie Nowy Jork – budżety spektakli są kilka poprzeczek niżej. Mam jednak takie poczucie, że – jeśli się już bierze na tapet takie dzieło, jak „Mistrz i Małgorzata” – to albo idzie się w minimalizm, gdzie sednem będzie słowo/słowo i muzyka, albo musi się wydać potężne (zapewne na naszym ryku, tym bardziej pandemicznym, nieosiągalne) na efekty urealniające pewne sceny. Tutaj jest próba, poważną zresztą i w jakiś sposób na polskim rynku wyróżniająca się, ale wciąż dająca osobom, które widziały coś więcej niż polskie produkcje, uczucie niedosytu.

Chciałabym jednak, niejako w kontrze do tej sporej łyżki dziegciu, podkreślić, że „Mistrz i Małgorzata” na scenie Teatru Muzycznego w Gdyni to spektakl zadowalający, momentami zachwycający (tak!) i stojący silnymi głosami aktorów. Być może nie ma tutaj hitu, który zostałby na dłużej w głowie, może kilka scen powoduje lekkie zgrzytanie zębami, ale w ogólnym odbiorze daje sporo satysfakcji.

I jeszcze na sam koniec mały apel: oceniajcie spektakle sami, a nie na podstawie wystawionych pod wpływem bardzo wielu, nierzadko zupełnie niezwiązanych z samą inscenizacją czynników, recenzji. Pamiętajcie: w życiu trzeba obejrzeć bardzo wiele złych i średnich spektakli, żeby móc docenić te najlepsze.




3 wyświetlenia0 komentarzy

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie