HAMLET / Teatr Dramatyczny w Warszawie

O 𝘏𝘢𝘮𝘭𝘦𝘤𝘪𝘦 napisano już chyba wszystko i przeanalizowano każde słowo na miliony sposobów.

Setki prac maturalnych, magisterskich, opracowań książkowych, a wiele z nich znacznie przewyższających objętością rozkładane na czynniki pierwsze dzieło.

Czy zatem trzeba i czy w ogóle można napisać o dramacie Shakespeare’a coś jeszcze? Czy da się na 𝘏𝘢𝘮𝘭𝘦𝘵𝘢 spojrzeć spojrzeniem nastawionym na poznanie, a nie dopasowanie tego, co już zostało powiedziane?

𝘞𝘪𝘦𝘮𝘺, 𝘤𝘻𝘺𝘮 𝘫𝘦𝘴𝘵𝘦𝘴𝘮𝘺, 𝘢𝘭𝘦 𝘯𝘪𝘦 𝘸𝘪𝘦𝘮𝘺 𝘤𝘻𝘺 𝘴𝘪𝘦 𝘮𝘰𝘻𝘦𝘮𝘺 𝘴𝘵𝘢𝘤…

Wyspiański twierdził - skracając Jego analizę do minumum - że 𝘏𝘢𝘮𝘭𝘦𝘵𝘢 pisze na nowo kontekst historyczny, doświadczenie danego czasu, że to dzieło - choć od jego napisania minęły stulecia - wciąż rośnie, dojrzewa, przybiera nowe formy i nabiera nowych znaczeń, bo geniusz Shakespeare’e objawił się w stworzeniu dramatu uniwersalnego, postaci, która - choć wydawać by się mogło doskonale dopowiedziana - tak naprawdę jest wielowarstwowa i wciąż niedokończona. Tak, jakby 𝘏𝘢𝘮𝘭𝘦𝘵𝘢 pisało życie.

Życie twórców i życie odbiorców.

Bez przerwy.

Wciąż i wciąż.

𝘡𝘭𝘦 𝘴𝘪𝘦 𝘥𝘻𝘪𝘦𝘫𝘦 𝘸 𝘱𝘢𝘯𝘴𝘵𝘸𝘪𝘦 𝘥𝘶𝘯𝘴𝘬𝘪𝘮

W wielu przypadkach mamy do czynienia z obszernymi opracowaniami dramatu stawiającymi tezę, iż 𝘏𝘢𝘮𝘭𝘦𝘵 jest wnikliwym studium obłędu, obłędu wynikającego z przeżytej traumy, a tych w dziele Shakespeare’a nie brakuje. Jest więc żałoba, odtrącona miłość, zdrada, strach, intrygi dworskie, a wszystko to na tle politycznych zawirowań. Ale ja - choć w zasadzie z tą tezą się zgadzam - zauważam, że uwaga skupiona jest często na dziele, słowie i autorze, pozostawiając głównego bohatera odczłowieczonego, jako postać „młodego księcia duńskiego”, jakąś personifikację tegoż szaleństwa w wielu aspektach, kiedy w rzeczywistości tragizm tej postaci, to szaleństwo, które nie wiadomo do końca czy jest udawane czy prawdziwe, chaos i ewolucja charakteru wynikają nie z czego innego, jak z bycia po prostu człowiekiem z krwi i kości. Nie symbolem, postacią wysokiej klasy dramatu, ale człowiekiem. Młodym człowiekiem, którego szczera młodość kończy się zanim 𝘏𝘢𝘮𝘭𝘦𝘵 się zaczyna.

I z mojego punktu widzenia ów dramat jest potężnym studium, wielowymiarowym obrazem utraconej młodości, która utrącona szeregiem rozczarowań co do życia - każe się człowiekowi zastanawiać 𝘣𝘺𝘤 𝘢𝘭𝘣𝘰 𝘯𝘪𝘦 𝘣𝘺𝘤.

𝘊𝘩𝘰𝘤 𝘵𝘰 𝘴𝘻𝘢𝘭𝘦𝘯𝘴𝘵𝘸𝘰 𝘵𝘰 𝘫𝘦𝘴𝘵 𝘸 𝘯𝘪𝘮 𝘮𝘦𝘵𝘰𝘥𝘢

Młodość kończy się wraz z utratą naiwności, wiary w drugiego człowieka (za czym idzie także wiara w miłość), nadziei, a to wszystko prowadzi do utraty niewinności, bo zranione młode zwierzę niebezpieczniejsze jest od doświadczonego.

Hamlet popada w rozpacz, knuje, miota się, podejmuje złe decyzje, odrzuca miłość, a później cierpi przez jej utratę.


Czy - gdyby odrzucić teatralne zabójstwa i pozostawić jedynie emocje - nie okazałoby się, że to po prostu obraz człowieka, który zderza się z rzeczywistością? Człowieka, który żyjący w bance młodości nagle - wyrwany z niej przez rodzinną tragedię - popada w obłęd niemocy, bo nie jest gotowy na dorosłość w jej skrajnym wydaniu? Odpowiedzialność, życie w cieniu niesprawiedliwości, poczucie braku sprawczości, wybory wpływające na dasze życie podejmowane w momencie, w którym nie ma się odpowiedniej wiedzy, by je podejmować właściwie - brzmi to przecież, jak egzamin dojrzałości, który przechodzi każdy z nas.

Dziś Hamlet zapewne nazywałby siebie WWO. Nadwrażliwiec zdradzony przez wszystkich, a głównie przez samego siebie, niegotowy ani na tron, ani na dasze życie w obłudzie, a może na życie w ogóle. Uciekający w książki, filozofię i senne mary ucieka tak naprawdę przed tym co nieuniknione - dorosłością.

Czasami trzeba zwariować, żeby do reszty nie oszaleć.

𝘚𝘭𝘰𝘸𝘢 𝘴𝘭𝘰𝘸𝘢 𝘴𝘭𝘰𝘸𝘢

Krzysztofowi Szczepaniakowi, który w inscenizacji 𝘏𝘢𝘮𝘭𝘦𝘵𝘢 w reżyserii Tadeusza Bradeckiego gra rolę tytułową, dziękuję za uczłowieczenie księcia duńskiego. Jego Hamlet, przez wiele stuleci sprowadzany do pompatycznego symbolu, przedstawiany z wirtuozerią, ale i z nadęciem, recytujący swoje wersy z namaszczeniem i językiem nabrzmiałym, ale tracącym przez to na szczerości, gubiący kontakt z widzem, otrzymuje wreszcie duszę, charakter, schodzi na ziemię z piedestału literatury, by cierpieć szczerze, realnie, po ludzku. Jakiż to powiew świeżości! Jaka ulga dla widza, kiedy może poczuć więź z postacią posągową (choc niekoniecznie się z nia utożsamiać!), z literackim ideałem, który się materializuje i w końcu mówi, a nie recytuje.

W ustach Krzysztofa Szczepaniaka 𝘴𝘭𝘰𝘸𝘢, 𝘴𝘭𝘰𝘸𝘢, 𝘴𝘭𝘰𝘸𝘢 nabierają giętkości, dystansu do autora, stając się słowem żywym, o co w inscenizacjach Shekasepare’a niełatwo.

A w inscenizacji Teatru Dramatycznego właśnie jest łatwo, bo chociaż postawiono na słowo, pozostawiając wyobraźni widza i scenografię umiejscawiając ją w tle i nie nadając jej formy dominującej, i kostiumy, bo tutaj mamy pewien mezalians współczesności z klasyką, to ze sceny słyszy się nie Skakespeare’a, ale Hamleta, ale Horacego, Ofelię czy Klaudiusza.

Ludzi.

A skoro jesteśmy przy reszcie bohaterów to nie mogę tutaj nie wspomnieć o Macieju Wyczańskim, który jest cholernie prawdziwy w roli Klaudiusza i słowa cholernie używam z premedytacją, bo wydaje mi się niezwykle pasujące , choć przecież współczesne. Ale Wyczański także ściąga Klaudiusza na ziemię, na duńską ziemię, a nie na scenę. Doskonale pasuje do tej roli, przekonuje i przeraża. Jego monolog-modlitwa robią ogromne wrażenie.

Ale to też mistrzowski Horacy Mateusza Webera - wierny Hamletowi i wiarygodny dla widza - oraz świetny Adama Ferency w roli Aktora, ale przede wszystkim Grabarza.

𝘙𝘦𝘴𝘻𝘵𝘢 𝘫𝘦𝘴𝘵 𝘮𝘪𝘭𝘤𝘻𝘦𝘯𝘪𝘦𝘮

Nie jestem wielką fanką inscenizacji na podstawie twórczości Shakespeare’a, bo jego sztuki na ogół są interpretowane nader ekspresyjnie, brakuje im lekkości, tak, jakby sam fakt, że napisał je właśnie on nakazywało wyśrubowywać teatralność, albo biec w skrajności, czyli uwspółcześniać dramat przepisując go niejako na nowo. Pstrzy się je w pióra technologii, pompuje udziwnieniami, stara ulepszyć na setki sposobów.

A tego robić nie trzeba.

Hamlet broni się sam. Jeśli spojrzeć na inscenizację Teatru Dramatycznego to widać, ze da się zagrać sztukę Shakespeare’a niższymi tonami nie zatracając jej przesłania, jej sedna. Że można w klasycznej inscenizacji wielkiego dzieła uchwycić jego ducha nie odbierając mu ludzkiego pierwiastka, który jest konieczny, by nie stawiać granicy pomiędzy aktorami i widzami, a budować między nimi mosty porozumienia i zrozumienia.

To ważne, że podejmuje się w teatrze współczesnym klasykę w jej pierwotnym wydaniu, że nie odbiera się jej dziewiczego rytmu i pozwala żyć, a nie tylko grać.


Serdecznie polecam!






27 wyświetleń0 komentarzy

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie