𝔏𝔦𝔱𝔱𝔩𝔢 𝔖𝔥𝔬𝔭 𝔒𝔣 ℌ𝔬𝔯𝔯𝔬𝔯𝔰 / T. Muzyczny Proscenium w Warszawie

Historia „𝘔𝘢𝘭𝘦𝘨𝘰 𝘴𝘬𝘭𝘦𝘱𝘪𝘬𝘶 𝘻 𝘩𝘰𝘳𝘳𝘰𝘳𝘢𝘮𝘪” sięga lat sześćdziesiątych, kiedy to powstała niskobudżetowa czarna komedia LITTLE SHOP OF HORRORS, opowiadająca o zagubionym w świecie młodym floryście z małego miasteczka, który hoduje krwiożerczą roślinę. Na bazie tej produkcji powstaje w latach osiemdziesiątych uroczy musical pełen czarnego humoru, którego libretto opiera się w dużej mierze na filmie Charlesa B. Griffitha. Ciekawostką jest, że w filmie z 1960, w epizodycznej roli masochistycznego pacjenta pewnego dentysty-sadysty wystąpił Jack Nicholson, a znamiennym jest, że Jego postać nie występuje później w scenicznych adaptacjach musicalowych, choć pojawia się w filmie musicalowym z 1986 roku. Dentystę gra tam Steve Martin, a pacjenta ze skłonnościami do czerpania przyjemności z bólu - Bill Murrey.


Musical pełen jest muzyki Alena Menkena, kompozytora znanego głównie ze swojej współpracy z Walt Disney Animation Studio przy ich produkcjach. To również zdobywca wielu nagród, w tym także tej najważniejszej - Oscara - za muzykę do filmu „Pocahontas”. Nie dziwi zatem, że piosenki ze spektaklu porywają i pozostają w głowie na dłużej. Ciekawe jest to, że chyba największą popularność zyskał utwór „𝘋𝘦𝘯𝘵𝘪𝘴𝘵” wykonywany w filmie przez Steve’a Martina, którego postać dentysty znajdującego dziką przyjemność z zadawania bólu jest miksem bad boya na Harleyu i Elvisa


LITTLE SHOP OF HORRORS zadebiutował na Off-Broadwayu oraz na West Endzie na początku lat osiemdziesiątych, by po kilku latach zejść z afisza. Co interesujące produkcja miała wtedy szansę na wejście na Broadway, ale producenci uznali, że „𝘈𝘶𝘥𝘳𝘦𝘺 𝘐𝘐” lepiej czuje się w „𝘥𝘰𝘸𝘯𝘵𝘰𝘸𝘯”. Spektakl z sukcesem jednak zawojował świat nie tylko podczas oficjalnych tras, ale także jako jeden z najczęściej wykorzystywany musicali w produkcjach lokalnych, amatorskich w tym szkolnych, czego powodem była niezwykle wpadająca w ucho muzyka w stylu rock and rolla i be-woop, a także ograniczona liczba postaci. Nie małe znaczenie miał w tym wypadku też temat z pogranicza komedii i horroru sci-fi.


Na sceny nowojorskie „𝘒𝘳𝘸𝘪𝘰𝘻𝘦𝘳𝘤𝘻𝘢 𝘳𝘰𝘴𝘭𝘪𝘯𝘢” powróciła w 2003 roku, kiedy to po raz pierwszy miała wejść na Broadway. Odtwórca roli Seymoura w pierwszej adaptacji, Lee Wilkoff wcielił się tym razem w rolę Pana Mushnika, a reżyserią zajęła się Jego żona (Connie Grappo), która asystowała reżyserowi oryginalnej wersji. Głosu Audrey II użyczyć miał sam Billy Porter (pamiętacie broadwayowską Lolę z Kinky Boots, prawda?), ale spektakl nie spotkał się z przychylnością krytyki i prawdziwy debiut na Broadwayu odbył się z zupełnie inną obsadą niż planowano. LITTLE SHOP OF HORRORS wróciło na podium musicalowe oczarowując ponownie publikę w Stanach Zjednoczonych i na całym świecie.

A w 2019 roku nastąpiło odrodzenie krwiożerczej Audrey II, a to za sprawą kolejnej adaptacji off-broadwayowskiej - jednej z moich ulubionych. Tutaj rolę Seymoura zagrał i wyśpiewał brawurowo Jonathan Groff znany musicalowej publiczności chociażby z roli Króla Jerzego III w oryginalnej obsadzie „𝘏𝘢𝘮𝘪𝘭𝘵𝘰𝘯𝘢” (tym mniej obeznanym w świecie musicalu Jego twarz może się kojarzyć z serialem „𝘔𝘪𝘯𝘥𝘩𝘶𝘯𝘵𝘦𝘳”, gdzie zagrał główna rolę).


No dobrze…a Polska? Na polską adaptację musieliśmy poczekać długie lata, ale z ręka na sercu mogę powiedzieć, że czekać było warto. 22.października 2021 roku polskojęzyczna adaptacja ujrzała światło dzienne i to za sprawą pasjonatów, marzycieli i niezwykle utalentowanych młodych artystów nieprofesjonalnych skupionych wokół kreacji Teatr Proscenium. Mogłoby się wydawać, że taka prywatna inicjatywa przyniesie nam produkcję z pogranicza szkolnego przedstawienia i występów weselnych, tymczasem dostaliśmy pełnokrwisty (tak!!) musical na broadwayowskim poziomie. W każdej warstwie LITTLE SHOP OF HORRORS wystawione na Scenie Relax jest perfekcyjne i mogłoby (a nawet powinno!) zawstydzić tuzy sceny musicalowej w naszym pięknym kraju, bo za pomocą środków zebranych na zrzutkę i przez patronite stworzono dzieło na miarę wielkich scen światowych.


Wokalnie i aktorsko cała załoga, a przypominam, że składająca się w znikomej części z osób faktycznie przygotowanych do występów, staje na wysokości zadania i czaruje przez ponad dwie godziny doskonałym zgraniem, harmonią, charyzmą i pasją. Muzycznie - perfekcyjnie. Aktorsko - idealnie. Choreografia - skromna, ale znakomicie pasująca do klimatu. Tłumaczenie - wspaniałe.

A scenografia? To niezwykle, jak z małego budżetu „co łaska” można wyczarować piękną Audrey II w jej kilku postaciach, gotową do animacji i eksploatacji nawet w tańcu! W tym spektaklu wszystko gra, wszystko pasuje, wszystko zachwyca. Nie mogę powiedzieć, kto zasługuje na szczególne pochwały, bo każdy gra tu na „wysokim C”, ale moje serce skradli Mateusz Tomaszewski , który jest absolutnie genialnym Seymourem oraz urocza Aleksandra Kołodziej jako Audrey.


Teatr Proscenium to ogromny powiew świeżości na polskiej scenie musicalowej, ogromny potencjał i dowód na to, że nie wielkie budżety i wielkie sceny tworzą wielkie gwiazdy. Gwiazdy musicalu tworzy pasja, oddanie pracy i ogromny talent.

Kochani! Życzę Wam wszystkim kolejnych cholernie dobrych premier i obyście nigdy nie stracili miłości do tego, co robicie. Ukłony!




17 wyświetleń0 komentarzy

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie